poniedziałek, 16 marca 2015

Przestroga sprzed 84 lat

Zamieszczam tu tekst dotyczący "Opowieści Lasku Wiedeńskiego" von Horwatha, które reżyseruję w olsztyńskim teatrze. W najbliższy piątek premiera. A póki co garść moich przemyśleń, do których impuls stanowił ten dramat i teatralna praca nad nim:

Tekst Horwatha jest przestrogą. Tym bardziej przejmującą, że dopowiedzianą przez historię. Pisana na początku lat 30. sztuka oddaje stan ducha społeczeństwa austriackiego tuż przed dojściem Nazistów do władzy w Niemczech. To swoista wiwisekcja życia wewnętrznego tych ludzi. Zwyczajnych jak my, mających swoje problemy i tak samo jak my obecnie borykających się ze skutkami kryzysów ekonomicznych wstrząsających światem Zachodu. Można śmiało założyć, że im większe podobieństwo między tym, co się dzieje teraz w nas a co działo się w tamtym społeczeństwie – tym realniejsza groźba, że wszystko znowu potoczy się w podobnym kierunku. Naprawdę, czuć zimny dreszcz na plecach obcując z „Opowieściami Lasku Wiedeńskiego”.
     Żadna z postaci naszej opowieści nie ma poczucia, że krzywdzi innych. Im więcej zła wyrządza, tym bardziej sama czuje się ofiarą. W swoim poczuciu robi wiele dla dobra kogoś innego. Im więcej tego „robienia dobra”, tym większe spustoszenia wokół. Bezradność egoisty wobec niemożności wyjścia poza pancerz własnego ego.
     Nie potrafię poddać tych postaci łatwym ocenom. Nie chcę. Wiem, że sam wiele razy zachowuję się właśnie tak jak one – krzywdzę kogoś w poczuciu, że mu pomagam lub że powinienem tak czynić w imię wyższego celu (jakże często wyższy cel jest zakamuflowanym interesem własnym!). Tak zostałem wytresowany. Wszyscy zostaliśmy. Dlatego stanowimy doskonałe obiekty do manipulacji. Wystarczy zabrać nam ekonomiczne poczucie bezpieczeństwa, abyśmy zaraz zapomnieli, że ci wśród których przyszło nam żyć, to istoty ludzkie takie jak my.
     Mogę się buntować, ale nie mam żadnych szans w starciu ze społecznymi normami. Społeczeństwo dysponuje naprawdę szerokim wachlarzem represji: od odsunięcia się ode mnie najbliższych po odebranie mi możliwości zdobywania środków do życia.
     Każde działanie będzie tylko uruchomieniem kolejnego mechanizmu społecznego, znalezieniem się na z góry wyznaczonych pozycjach. Możliwości manewru istnieją wyłącznie z pozoru, w istocie nie są niczym innym jak projekcją ślepego umysłu.
     Jedyne co naprawdę mogę, to próbować zrozumieć. Dlaczego robię coś czego nie chcę albo dlaczego w jakiejś sytuacji nie uczyniłem tego, co powinienem.

Prawdziwe zrozumienie nie ma nic wspólnego z ciasnymi ograniczeniami ego. Przeciwnie – otwiera na doświadczenie tego, co zostało nam dane od samego początku: doświadczenie bycie człowiekiem.

sobota, 7 czerwca 2014

Zmiana kierunku w procesie rozwoju

                Jest taki moment w procesie rozwoju religii chrześcijańskiej, który od wielu lat jakoś nie przestaje mnie zajmować. Mówiąc z grubsza chodzi o IV wiek i nawrócenie Konstantyna, które spowodowało radykalną zmianę wszystkich aspektów fascynującego zjawiska, które nazywamy chrześcijaństwem.
                Oczywiście, edykty Konstantyna nie są jedyną przyczyną tej zmiany – i nie kończy się ona wyłącznie na nich. One jednak zmieniają kierunek rozwoju całego procesu. Zaś to, w jaki sposób go zmieniły, zdeterminowało dalszy proces kształtowania się tej religii.
                Myślę, że w procesie rozwoju chrześcijaństwa istnieją dwa najważniejsze momenty zwrotne: śmierć Jezusa oraz szereg działań zapoczątkowanych przez Konstantyna, które w efekcie doprowadziły chrześcijaństwo do przeobrażenia się w oficjalną ideologię wszystkich kolejnych władców Cesarstwa (krótki epizod związany z osobą Juliana Apostaty nie jest niczym więcej niż mało znaczącym przerywnikiem). Jeśli chodzi o to pierwsze, nasza wiedza jest zbyt skąpa, aby cokolwiek odpowiedzialnie próbować o tym pisać. Drugie zaś jest już bardzo dobrze udokumentowane.
                Na poziomie prawnym zmiana wprowadzona przez Konstantyna nie jest żadną radykalną rewolucją. Po prostu zrównuje on, będące do tej pory religią „nielegalną”, chrześcijaństwo z innymi – uznawanymi przez Cesarstwo Rzymskie. Od edyktu z 313 roku jeszcze długa droga do represyjnych ustaw Justyniana z VI w., które pozbawiały majątków a częstokroć i życia obywateli przynależących do podejrzanych kategorii pogan czy heretyków (to wtedy właśnie na stosach masowo zaczęli ginąć Manichejczycy). Oczywiście, Konstantynowi nigdy nie przeszłoby przez usta tak oczywiste dla Justyniana wyznanie na temat heretyków i pogan: „Dość im, że w ogóle żyją”. Nie w tym jednak rzecz.
                Co tak naprawdę wydarzyło się za panowania Konstantyna? Religia dotąd prześladowana przez państwo stała się religią oficjalnie przez to państwo faworyzowaną. Miało to szereg bardzo istotnych – i jak się z czasem okazało nieodwracalnych – konsekwencji. Z jednej strony przed chrześcijanami stanęły otworem drzwi do kariery  na dworze cesarskim i nie tylko. Ich wiara nie była już powodem do strachu o własne życie. Przeciwnie, stała się wielkim atutem w państwie rządzonym przez wielkiego tej wiary orędownika. Z drugiej strony jednak religia, która dotąd zdecydowanie sytuowała się poza ziemskim porządkiem, stała się tego porządku częścią – i odtąd zaczęła zrastać się na dobre z organizmem cesarstwa. Stając się elementem państwa, chrześcijaństwo stało się też nieodłączną składową polityki. Tworząca się hierarchia biskupów i ich podwładnych (w dużym stopniu wzorowana na rzymskim aparacie urzędniczym) nie była już gronem nauczycieli mających przekazywać nauki Chrystusa. W coraz większym stopniu ludzie ci stawali się lokalnymi politykami, używającymi swych stanowisk do osiągania konkretnych politycznych (a przy okazji także osobistych) korzyści.  Nie trzeba było długo czekać, aż polityka wkroczyła i do teologii. A nad ludźmi uznanymi za heretyków zaczęło krążyć widmo czegoś znacznie groźniejszego niż wykluczenie ze wspólnoty wiernych.
                Zmiany bardzo szybko zaczęły być widoczne. Masy ludzi widząc co się dzieje zaczęły uciekać na pustynie Egiptu, Syrii i Palestyny, w poszukiwaniu bardziej autentycznego doświadczenia duchowego. Czymże innym jak nie kontestacją oficjalnego porządku był cały rodzący się ruch monastyczny? I ileż okrutnej ironii zawiera się w fakcie, że ci sami ludzie, którzy znaleźli się na pustyni w odruchu buntu przeciwko gorszącej symbiozie ich religii z Rzymskim Molochem, zostali potem sprytnie wykorzystani do celów jak najbardziej politycznych, kiedy to podpuszczeni przez Cyryla aleksandryjskiego, dopuścili się okrutnego mordu na Hypatii.
                I to jest chyba najbardziej jaskrawy przejaw przewartościowania, jakie w tak krótkim czasie dokonało się w chrześcijaństwie. Religia, która piętnowała zabicie człowieka jako najcięższy i najbardziej absurdalny grzech przeobraziła się niepostrzeżenie w religię, która czyni z zabijania jedno z narzędzi swojego rozwoju.

                Przerażająca metamorfoza.

środa, 5 marca 2014

Zrozumieć drugą osobę

                W pewnej tradycji powiada się, że prawdziwie kogoś zrozumieć to tyle, co się z nim zgodzić. W pierwszym momencie takie stwierdzenie może się wydać absurdalne. Pojawia się masa obiekcji: jak to, mam się zgodzić z X-em, tym idiotą? Mam mu przytaknąć, kiedy sadzi swoje głupoty? Albo: przecież Y nie wie, o czym mówi. To dyletant, nieświadomy swojej ignorancji. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
                Jak zwykle jednak, zanim zaczniemy wydawać gotowe sądy na temat innych, należałoby zacząć od siebie. Dlaczego uważam X-a za idiotę, zaś Y-ka za dyletanta? Może po prostu dlatego, że myślą inaczej niż ja? Czyli – jeśli się nad tym głębiej zastanowić – milcząco zakładam jako oczywistość, że tylko ja myślę „właściwie” i każdy, kto mojego sposobu rozumowania nie podziela, z założenia się myli. I na czym właściwie opiera się takie założenie? Na logicznych przesłankach? Nie, wyłącznie na moim zadufanym w sobie „ego”.
                Rozumienie drugiej osoby nie jest procesem, w którym punkt wyjścia stanowię „ja”. Wręcz przeciwnie. Ono zaczyna się właśnie w tej drugiej osobie, w moim wysiłku przeniknięcia do jej wnętrza. To jest początek, bez tego nic nie będzie możliwe. Próbuję wczuć się w drugiego człowieka, nie przyjmując tej zwodniczej perspektywy, która tak często powoduje we mnie złudzenie, że przecież wiem doskonale, co się w nim dzieje, bo go „znam”.
                Nie wiem nic. A to, co myślę, że „znam”, to jedynie moje projekcje – często własne wady, które jestem w stanie dostrzec tylko na zewnątrz, w innej osobie.
                Tak więc nic nie wiem. Nic nie zakładam z góry. Zaczynam badać, obserwować: „Dlaczego powiedział to, co powiedział?” „Z jakich emocji wynikają te słowa?” „Jakie doświadczenie spowodowało takie a nie inne słowa, działania, reakcje?”
                I wtedy czasem wydarza się taki rzadki moment, kiedy zaczynam r o z u m i e ć. Kiedy na krótką chwilę udaje mi się przeniknąć do czyjegoś wnętrza i odczuć wszystko, tak jak odczuwa ta osoba. Zobaczyć rzeczy jej oczyma. Zobaczyć s i e b i e jej oczyma.
I wtedy znikają wszystkie z góry założone „oczywistości”. Co pozostaje? Dwie ludzkie istoty naprzeciwko siebie.


środa, 25 grudnia 2013

Bezinteresowność


                Ileś lat temu pewien mój znajomy wraz z grupą ludzi postanowił wypracować działanie zainspirowane „Czuwaniami”, praktykowanymi swego czasu przez Jacka Zmysłowskiego i jego współpracowników. Chodziło o zbudowanie struktury działań, dającej możliwość doświadczenia dziania się tu-i-teraz człowiekowi bez żadnego wcześniejszego przygotowania. Po wielu miesiącach pracy nadszedł wreszcie moment, w którym mój znajomy i jego ekipa postanowili praktycznie sprawdzić, czy to, do czego wspólnie doszli, będzie faktycznie działało z ludźmi z „zewnątrz”. Dali ogłoszenie do prasy, wyznaczyli terminy i czekali na zgłoszenia. Odpowiedziało koło dwudziestu osób. Byli to głównie młodzi ludzie, studenci i licealiści.
Znajomy postanowił zaprosić także i mnie do wzięcia udziału w jednym z dwóch planowanych wydarzeń.
                Podobnie jak w „Czuwaniu”, grupa pracujących wcześniej wspólnie osób miała za zadanie niepostrzeżenie prowadzić wszystkich uczestników przez ustrukturowiony proces fizycznych działań. Zero mówienia. Żadnego tłumaczenia reguł. Po prostu każdy podąża za tym, co się dzieje, w taki sposób, w jaki to pojmuje. Struktura była bardzo dobra – uczestnicy, mimo iż w większości nie mieli wcześniejszych doświadczeń z tego typu parateatralnymi technikami, bez wahania odpowiadali na działania proponowane przez liderów. Wspólnie budowaliśmy proces, przez który razem przechodziliśmy, doświadczając tego, co niepotoczne. Całość trwała nieco ponad godzinę. Kiedy już się skończyło, nastąpiła krótka przerwa, po której uczestnicy zostali poproszeni o podzielenie się swoimi wrażeniami.
Czuć było, że dla każdego z nich to, czego właśnie doświadczył, stanowiło ważne przeżycie. Wszyscy jednak na różne sposoby żalili się na to samo – że nie czuli się w pełni „kompetentni”, w związku z czym nie potrafili robić „dobrze” wszystkich działań. Że gdyby była możliwość uczestniczenia w tym jeszcze raz, byliby już bardziej „przygotowani” i wszystko poszłoby „lepiej”. Miałem wrażenie, że pomiędzy tym, co czują a myślą zachodzi konflikt. Coś w nich docenia wyjątkowość i niepowtarzalność niedawnego przeżycia, podczas gdy intelekt nie jest w stanie ani trochę tego pojąć.
                Wszak cała istota tego wydarzenia polegała na jego niepowtarzalności. Na byciu tu-i-teraz, na uważnym budowaniu wspólnego procesu. Lecz nasz współczesny intelekt domaga się „osiągnięć”.
                W codziennym życiu nie potrafimy skupić się na samym procesie. Jest on co najwyżej drogą do założonego z góry celu. Jesteśmy ślepi na to, co się wydarza. Widzimy tylko projekcje własnych oczekiwań bądź lęków. Zaś ich realizacje to jedyne zdarzenia, które jesteśmy w stanie dostrzec.
                Zatraciliśmy bezinteresowność. Nie chodzi mi tylko o kontakty międzyludzkie, w których tak często dominuje coś w rodzaju wzajemnej wymiany świadczeń lub wykorzystywanie kogoś do własnych celów. Chodzi mi o to, jak przeżywamy swoje życie. Wychodzimy się przejść, bo przy okazji mamy coś do załatwienia. Robimy coś, bo ktoś tego od nas oczekuje. Nie robimy czegoś, bo nas to nie interesuje. Słuchamy muzyki, którą znamy, bo chcemy powtórzyć przyjemne doznania, jakich doświadczyliśmy słuchając jej kiedyś po raz pierwszy. Kiedy z kim się spotykamy „odfajkowujemy” to jako wypełnione zadanie z listy – spotkałem się z Iksem, podtrzymałem nasze relacje socjalne, na jakiś czas mam spokój.
                Co to znaczy być bezinteresownym? Myślę, że oznacza to przede wszystkim widzenie rzeczy takimi jakie są. Kiedy widzę jakąś osobę naprzeciwko mnie (bardzo rzadko w naszym życiu wydarza się takie prawdziwe naprzeciwko) nasłuchuję, chcę zrozumieć co się wewnątrz niej dzieje. Nie dlatego, że czegoś się po tym spodziewam. Słucham, ponieważ jestem obecny. Bycie obecnym zawsze oznacza wyjście ku – komuś lub czemuś. Tylko w ten sposób mogę doświadczać czegokolwiek. Projekcje nie są doświadczeniem, tak jak nie są nim strumienie skojarzeń mylone przez nas notorycznie z myślami.

                Jak być obecnym? Jak nie dać się zwieść wpojonemu od dzieciństwa nawykowi osiągania celu? Jak otworzyć się na doświadczanie samego procesu?

czwartek, 15 sierpnia 2013

Smutek

                To był bardzo intensywny czas dla wszystkich osób, które tam były. Grupa kilkunastu osób, które spotkały się na północy Francji w starym domu, wśród pól, aby pracować. Osoby z różnych krajów, wywodzące się z kilku różnych kultur. Każdy przywiózł ze sobą swoje ograniczenia, swoje nawyki, swoje schematy postrzegania świata, swój opór. I ten sam, być może nieosiągalny, cel: choć przez krótki czas być w stanie pracować jak człowiek, człowiek w pełni – nie w cudzysłowie. Kilkoro bardziej doświadczonych osób, w większości starców. I na pierwszym planie – praca.
                Medytacja, praca fizyczna, dzielenie się wrażeniami i Ruchy – niezwykle trudne w nauce tańce, bardzo wymagające, bo niemożliwe do wykonania bez pełnej współpracy między myśleniem, czuciem i ciałem.
                Wysiłek rodzi potrzebę odreagowania. Jest na to krótki moment po tym, jak skończyliśmy Ruchy, a jeszcze nie zaczęto przygotowań do kolacji. Spotykamy się w grupkach, rozmawiamy, popijamy kalwados albo przywiezioną z Polski wódkę.
                Drugiego lub trzeciego dnia, podczas kolacji, nagle zjawia się we mnie dziwny i niezrozumiały smutek. Próbuję przyjrzeć mu się, odnaleźć skojarzenie lub emocję, które mogły go wywołać. Ale on przybył jakby znikąd. Nie łączy się z niczym, co się teraz dzieje, nie reaguje, nie zmienia się. Jest wciąż ten sam, choć z minuty na minutę coraz trudniejszy do zniesienia. Zwykłe emocje pojawiają się i znikają, gdzieś na powierzchni, w odpowiedzi na to, co ktoś mówi albo na skojarzenie, które akurat pojawiło się pod wpływem jakiegoś bodźca. A ten smutek trwa gdzieś w głębi, nie dotknięty przez żadną z tych emocji, żadne ze skojarzeń, żaden z bodźców wciąż oddziałujących na to, co nazywam „mną”. Trwa nieporuszony, wciąż z tą samą intensywnością. Siedzący obok sąsiad nachyla się do mnie i pyta, czy wszystko w porządku. Odpowiadam, że tak. Po chwili znów zadaje to samo pytanie. Próbuję więc szczerze opisać, co się we mnie dzieje. Stwierdzam, że być może to efekt wywołany przez alkohol, który piłem tuż przed kolacją. Sąsiad kiwa głową i widzę w jego oczach, że wie, o czym mówię.
                Następnego dnia budzę się i od razu czuję, że smutek wciąż jest we mnie. Nawet jeszcze większy i bardziej intensywny niż wczoraj. Próbuję z nim być, ale momentami nie daję rady. Co jakiś czas powstrzymuję łzy, chociaż naprawdę nie mam żadnego powodu do płaczu. Mam ochotę uciekać od ludzi, czuję się jakbym stał przed nimi nagi.
                Po południu rozmowa z nauczycielem. Po długim czasie milczenia i próbach uspokojenia siebie, udaje mi się w końcu jako tako opisać mój stan. „Coś w tobie czuje, że nie jest takie, jakim być powinno” – słyszę. – „Alkohol mógł pomóc coś otworzyć. Coś, co normalnie od wczesnego dzieciństwa było zamknięte.”
Rzeczywiście, jest w tym smutku dziwna radość. Czuję, że jest on o wiele bardziej prawdziwy niż moje emocje: strach, nienawiść z jednej, ekscytacja, sympatia z drugiej strony. Nie jest on emocją, nie jest reakcją. Jest uczuciem. Czymś bardzo ludzkim. I nieobecnym w nas przez większą cześć mechanicznie wiedzionego życia.
Radość widzenia – czym się jest. Bez oceniania. Bez reagowania (choć intelekt już przebiera nogami, aby coś z tym „zrobić”). Bez utożsamiania się.

Ten we mnie, który patrzy. Jego bezstronne spojrzenie. 

poniedziałek, 15 lipca 2013

Bycie w sobie

                Wykonałeś jakąś czynność kilka sekund temu. Na przykład umyłeś zęby. Wiesz o tym. Ale nie pamiętasz. Nie masz konkretnego wspomnienia. Ale wiesz, że je dopiero co myłeś – czujesz w ustach świeży smak pasty. Zakładasz więc, że to zrobiłeś. Być może za moment usłużna maszynka intelektu spreparuje odpowiednie wspomnienie. Będzie mgliste, pozbawione jakichkolwiek zmysłowych elementów, ale będzie. Uratuje twoje złudzenie bycia świadomą osobą przed nieprzyjemną konfrontacją z pewnym niewygodnym faktem: nie potrafisz pamiętać siebie. Nie ma cię w tym, co robisz przez większą część twojego życia. Nie istniejesz.
                Moja babcia, kiedy była już bardzo wiekową osobą, zaczęła mieć wspomnienia ze zdarzeń, w których nigdy nie mogła uczestniczyć. Pamiętam, że dziwiło to i drażniło mojego ojca. Ale tak naprawdę zadziałał w niej ten sam mechanizm, który działa w nas przez całe życie.
                Często wiemy, że coś zrobiliśmy – wynika to z naszej wiedzy o przeszłości – ale nie pamiętamy tego. Mamy jakieś mgliste niby wspomnienia, ale gdyby ktoś nas zapytał na przykład jak byliśmy ubrani tego dnia albo jaka była pogoda, nie potrafilibyśmy odpowiedzieć. W stanie hipnozy owszem bylibyśmy sobie w stanie opisać każdy detal tamtej sytuacji, włącznie z tym, jakie słowa kto powiedział w którym momencie, jak wyglądała przestrzeń, gdzie co stało itp.
                O co tutaj chodzi? Skoro te wspomnienia są zmagazynowane gdzieś w mojej świadomości, czemu nie mam do nich dostępu (albo inaczej – do jednych nielicznych mam, a do innych – bardziej licznych – nie mam?).
                Po kolei.
                Te wspomnienia, które są prawdziwymi wspomnieniami, te, które wciąż są w nas czymś żywym, tak że potrafimy przywołać nie tylko fakty z przeszłości, ale również kolory, smaki, zapachy – i to z całą intensywnością ówczesnego ich doświadczenia – dotyczą najczęściej dzieciństwa. Dlaczego?
                Pamiętamy te momenty, w których że tak powiem byliśmy obecni w sobie. Byliśmy świadomi. A takich momentów mamy w życiu bardzo niewiele. A jeśli już mamy, to najczęściej wiążą się z dzieciństwem, kiedy nie do końca jeszcze staliśmy się dobrze wytresowanymi automatami.
                Co więc się dzieje przez pozostałą część naszego funkcjonowania? Ciekawe pytanie, prawda? Można je sformułować jeszcze bardziej dobitnie: „Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?”

wtorek, 25 czerwca 2013

Maszynka zwana intelektem

                Idąc za abba Mojżeszem, egipskim pustelnikiem żyjącym w IV w. możemy porównać nasz intelekt do młyna, który nieustannie miele jakieś ziarno. Raz lepsze, raz gorsze, to już w dużym stopniu zależy od nas, od jakości wrażeń i myśli, jakich swej całości psycho-fizycznej dostarczamy. Przy czym ma ten młyn taką cechę szczególną, że nie może przestać mielić. A ziarna dobrej jakości – o ile w ogóle jest dostępne – nie wystarczy na długo, gdyż jest rzadkie i jego zdobycie dużo kosztuje.
            Proces skojarzeń toczy się w nas nieustannie. Nie ma sensu próbować go powstrzymywać, choć zapewne niejednego nachodzi taka pokusa po przeczytaniu jakiejś książki dotyczącej jogi (którą Cyboran w swoim wybitnym przekładzie „Jogasutr” Patańdżalego określa mianem „powściągnięcia zjawisk świadomościowych”). Skojarzenia produkowane są przez specjalnie do tego celu istniejący w nas aparat, który często zdarza nam się mylić z umysłem. Tymczasem naszego prawdziwego – wyższego – umysłu w życiu codziennym nie używamy wcale. Tak naprawdę, we współczesnych warunkach ludzkiej egzystencji, ów prawdziwy umysł skazany jest niejako na zejście do podziemia. Zazwyczaj nie może działać w nas bezpośrednio, gdyż już we wczesnym dzieciństwie tracimy z nim kontakt. Jedyne, co mu pozostaje, to komunikować się z nami za pośrednictwem nieświadomości. Myślę, że wystarczy chwilę uczciwie pomyśleć nad tym faktem, aby uświadomić sobie, jak chora i postawiona na głowie jest sytuacja, w której przyszło nam egzystować.
            Intelekt jak już się rzekło to maszyna. Jej zadaniem jest segregowanie odbieranych wrażeń i przetwarzanych wiadomości, nadawanie etykietek, wiązanie ich ze sobą (to właśnie jest proces skojarzeń), gromadzenie danych. Do tego służy i tę pracę wykonuje zazwyczaj doskonale. Problem jednak polega na tym, że z braku w nas prawdziwego umysłu (z którym gubimy relację i kontakt bardzo wcześnie w dzieciństwie), intelekt przejmuje jego funkcje. Rzecz jasna nie jest w stanie ich spełniać, dlatego nietrudno ujrzeć w tym niczym nieuzasadnioną uzurpację. Wiadomo jednak – natura nie znosi próżni.
            Intelekt nie potrafi myśleć. Cóż więc będzie robił, starając się przejąć na siebie funkcje nieobecnego w nas umysłu? Zacznie kojarzyć ze sobą różne etykiety w sposób czysto powierzchowny, tworząc ogromną ilość mniej lub bardziej dorzecznych kombinacji. Tak samo będzie ze sobą łączył wydzielone z większych całości fragmenty zmagazynowanej w nim wiedzy, informacje, czy dane zmysłowe. Na koniec całej tej skojarzeniowo-myślowej magmie spróbuje nadać pozory tworu spójnego logicznie. Łatwo prześledzić ten mechanizm w jakiejkolwiek teorii spiskowej, kiedy rozłoży się jej składowe na czynniki pierwsze, prześledzi jak w całkiem dowolny sposób były ze sobą łączone wycięte z kontekstu kawałki informacji, a następnie spajane na nowo w przypominającą kolaż kombinację. To przykład skrajny, dzięki niemu łatwiej ten mechanizm w ogóle zauważyć i zrozumieć. Gdybyśmy jednak w taki sam sposób spróbowali obiektywnie przeanalizować własne sądy, dajmy na to takie, które determinują nasze zachowanie wobec innych osób, jestem pewien, okazałoby się, że powstawały w sposób identyczny do opisanego wyżej.
            Ach, jakże niewygodna jest świadomość tego, jak to w nas działa. Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić, żeby tylko być w stanie tego nie dostrzegać, nieprawdaż?

            

czwartek, 6 czerwca 2013

Ciało jako narzędzie pracy nad sobą, cz. 2

                Trudno powiedzieć, skąd to się w naszej kulturze wzięło. Ale wartościujemy, najczęściej zresztą nieświadomie: ciało jako coś „złego”, niskiego, duszę zaś (cokolwiek to słowo dla nas znaczy) jako „dobrą”, wyższą etc.
                Może to dziedzictwo pewnych nurtów mistycznych rodem ze starożytnej Grecji, które znalazły wyraz w ruchu pitagorejskim oraz filozofii Platona.  Jak wiadomo szczególnie ta druga w późniejszych czasach stała się pożywką wielu idei, które do dziś budują nasz obraz świata. Może – z drugiej strony – „winne” jest chrześcijaństwo, które od zwalczanych przez siebie skrajnie dualistycznych nurtów gnostyckich przejęło właśnie ów dualizm? W takim wypadku jednym z większych „winowajców” byłby Augustyn, który sam początkowo był manichejczykiem i – choć już jako nawrócony członek chrześcijańskiego kościoła zachodniego zwalczał zażarcie doktrynę manichejską – w głębi duszy pozostał nim, jeśli chodzi o stosunek do materii, a więc i ciała. Nie da się ukryć, że każda z tych tradycji, grecka i chrześcijańska, w dużym stopniu ukształtowały naszą relację z własną cielesnością.
                Panujący aktualnie wszechobecny kult ciała zdawałby się przeczyć tej tezie, lecz tylko pozornie. Na czym bowiem polega mechanizm współczesnej fascynacji pięknym ciałem? Czy dowartościowuje on rzeczywiście fizyczny aspekt naszego istnienia? Bynajmniej. Sprawia jedynie, że postrzegamy własne ciało jako coś zewnętrznego, fasadę, którą trzeba uczynić atrakcyjną dla wzroku innych. Zostaje ono zatem całkowicie uprzedmiotowione, a przez to zdegradowane – do roli rzeczy, czy wręcz gadżetu.
                W naszej kulturze ciało postrzegane jest albo jako twór podrzędny i podejrzany (dziedzictwo podejścia ascetycznego, które nakazywało ciało umartwiać) albo jako obiekt erotycznego pożądania (gdyby przeanalizować np. reklamy, jakie codziennie serwuje nam telewizja czy bilbordy, naprawdę ciężko byłoby wśród nich znaleźć takie, które nie odwołują się do aluzji i skojarzeń o charakterze seksualnym).

                To zdumiewające, że wszystkie wzorce myślowe, jakim podlegamy od dzieciństwa programują nas na postrzeganie głównego narzędzia, przy pomocy którego jesteśmy w stanie odbierać wrażenia oraz uczestniczyć w rzeczywistości, jako czegoś obcego, gorszego, grzesznego. A przecież – bez niego bylibyśmy co najwyżej bezwładnym kawałkiem materii, bez odczuć i wrażeń.

sobota, 1 czerwca 2013

Ciało jako narzędzie pracy nad sobą, cz.1

                Nasze życie jest życiem we śnie. Śpimy, ciągle pogrążeni w strumieniu skojarzeń, projekcji, utożsamień. Nie dostrzegamy realnego świata, bo w nim nie przebywamy – choć przebywa w nim fizycznie nasze ciało. W sytuacji tej jednak zawarte jest jej rozwiązanie: wychodząc od ciała można powrócić do rzeczywistości.
                Szczególnie nasza współczesna kultura oddziela nas od tego, co w nas naturalnie wrodzone: od instynktu i od świadomości ciała. Ma to wiele różnorakich przyczyn, których na razie nie będę analizował. Na ten moment zajmijmy się czym innym. Nie – jak do tego doszło, ale raczej – jak z tego wyjść.
                Bycie uważnym zaczyna się właśnie od odnowienia relacji z ciałem. Odczucie ciała – nie wyobrażanie sobie tego, ale właśnie konkretne doświadczenie naszego ciała, wejście z nim w kontakt tu i teraz – jest w stanie ustanowić pewne wewnętrzne połączenie, tak aby pojawiła się nowa wyjątkowa jakość: świadomość. Na początku jako świadomość konkretnych odczuć. Na przykład: odczucie ciężaru ciała.
                To jest początek. Ustanowienie kontaktu. Wchodzę w kontakt z samym sobą, ze swoim ciałem, które przecież nie jest czymś ode mnie odrębnym. Urodziłem się w nim, poruszam się za jego pomocą, doświadczam wszelkich wrażeń zmysłowych poprzez nie, wreszcie myślę i czuję, dzięki jego różnorakim funkcjom.
                Najprostszym (co nie znaczy, że dla każdego łatwym w wykonaniu) ćwiczeniem jest odczuwanie poszczególnych części ciała. Najlepiej położyć się plecami na podłodze i wyobrazić sobie rodzaj mentalnego skanera, którym badamy kawałek po kawałku nasze ciało. Zaczynamy dajmy na to od głowy. Próbujemy ją poczuć – jaki jest jej ciężar, kształt? W których miejscach dotyka podłogi? Jaki nacisk w każdym z tych miejsc odczuwamy? Skaner wolno sunie w dół. Szyja. Które jej mięśnie są napięte? Które mocniej, które słabiej? Czy możemy poczuć te, które są rozluźnione? Czym różni się odczucie jednych od drugich? I tak dalej, w dół ciała. Powoli, ważne aby naprawdę poczuć badane rejony, aby mieć ich fizyczne, jak najbardziej precyzyjne i wyraziste doznanie.
                Brzmi prosto, ale ten, kto jeszcze nigdy nie próbował, zdziwi się jak trudne jest to zadanie do wykonania. Jak słaby mamy kontakt z własnym ciałem. Jak ciężko je poczuć, jak mało rozpoznane jest ono w naszym odczuwaniu. Jak słabe i ulotne są na początku wszelkie jego doznania. Ile wysiłku i koncentracji trzeba, aby osiągnąć odczucie choćby jednej grupy mięśni.
                Tylko poprzez zbudowanie kontaktu z ciałem można stać się uważnym. Nawet najbardziej skrajnie dualistyczne nurty w różnych tradycjach duchowych swe ćwiczenia medytacyjne zawsze opierały na pracy z ciałem (utrzymywanie konkretnych pozycji kręgosłupa, praca z oddechem, ćwiczenia ascetyczne jak powstrzymywanie się od pokarmów etc.).

                

sobota, 25 maja 2013

Odpowiadanie

                Nasze zachowania prawie zawsze są wynikiem mechanicznych reakcji na różne czynniki. Dotyczy to tak samo odruchowego łapania spadającego ze stołu jabłka, jak i sposobu, w jaki prowadzimy z kimś rozmowę. Automatyzm reakcji sprawia, że mogą być one bardzo szybkie – gdyby to nasz umysł decydował o tym, kiedy złapać jabłko, leżałoby ono już na podłodze w momencie, w którym dotarłoby do nas, że stacza się właśnie ze stołu. Ciało musi reagować szybko – w świecie przyrody od tej szybkości zależy przetrwanie danego osobnika. Przy czym ciało z reguły doskonale wie, jak reagować.
                Problem zaczyna się w momencie, kiedy automatyczny staje się umysł. Zaczyna działać ściśle według szablonów, które zostały mu wpojone, zaniechując używania swych wyższych funkcji związanych z myśleniem (mówiąc o myśleniu zdecydowanie odróżniam je od mechanicznych łańcuchów skojarzeń, które notorycznie z nim mylimy).  Mam tu na myśli niższy umysł. Ten, którego funkcją jest segregowanie i przechowywanie informacji. Dla ułatwienia dalszego wywodu nazwijmy go intelektem w odróżnieniu od prawdziwego wyższego umysłu.
                Intelekt jest przekonany o swojej wyższości nad innymi funkcjami. Próbuje przejąć nie tylko kompetencje umysłu – szybko wypracowując w sobie przekonanie, że erudycja jest wiedzą, a ciągi skojarzeń – myśleniem – lecz niestety będzie się starał kontrolować również działania ciała. Tutaj leży źródło powstawania wszelkich niepotrzebnych i szkodliwych napięć mięśniowych, tutaj rodzi się większość blokad w różnych miejscach ciała (ci, którzy pracują z głosem będą doskonale wiedzieli, o czym mówię).
                Największe nieszczęście polega na tym, że intelekt potrafi tylko reagować. Nie jest zdolny do odpowiadania, tak samo jak nie potrafi myśleć. Dlatego pod jego „rządami” nasze relacje z innymi skazane są na pozostawanie pasmem mechanicznych bodźców i reakcji.
                Ktoś bliski wchodzi do mojego pokoju i zaczyna na mnie krzyczeć. Czuję się zaatakowany i błyskawicznie odpowiadam tym samym – agresywnym tonem głosu, oskarżeniami, pretensjami, krzykiem. Wybucha awantura. W końcu oboje przestajemy się do siebie odzywać. Przez najbliższych kilka godzin czuję jeszcze drżenie w klatce piersiowej. Po pewnym czasie udaje mi się wreszcie ochłonąć. Zaczynam analizować na zimno przebieg całego zdarzenia. Z czego wynikało zdenerwowanie tamtej osoby? Przypominam sobie różne fakty z ostatnich kilku dni i uświadamiam sobie, że jakieś wydarzenie wytrąciło ją z równowagi, czego jednym z efektów było prawdopodobnie dzisiejsze zachowanie. Uświadamiam sobie, że ona zazwyczaj tak właśnie reaguje na sytuacje, z którymi nie jest w stanie sama sobie poradzić. Dociera też do mnie, że takich kłótni mieliśmy już tysiące i że zawsze przebiegają według dokładnie tego samego schematu: słyszę coś, co powoduje, iż czuję się oburzony i reaguję krzykiem oraz próbą wzbudzania poczucia winy w drugiej osobie. W niej tylko podsyca to złość i pretensję, utwierdza w słuszności wyboru mnie jako „winowajcy”. U mnie zaś tocząca się kłótnia powoduje wzrastanie poczucia bycia „ofiarą” oraz potrzebę wyrażenia swojego „słusznego” gniewu na takie traktowanie, potrzebę, która – kiedy przyjrzeć się jej dokładniej – okazuje się tak naprawdę potrzebą zniszczenia przeciwnika, który podważa moją „prawość”.
                Tak to wygląda. Jest oczywiste, że nie mamy tu do czynienia z rozmową – nikt nie jest zdolny do dialogu. Dialog bowiem zaczyna się od słuchania, tutaj zaś jedna reakcja rodzi następną. Nikt nie pyta, nie ma więc komu słuchać. A jeśli nie ma komu słuchać, to nie będzie także komu odpowiadać.
                A oto jak mogłaby wyglądać ta sama sytuacja:
                Zanim odpowiem cokolwiek, zatrzymuję się. Ze wszystkich sił staram się nie mówić tego, co rodzi się we mnie jako natychmiastowa reakcja. Wkładam cały wysiłek w to, aby nie zareagować, przywołuję doznanie odczuwania ciała. Staram się znaleźć tu i teraz. Staram się zrozumieć, co się dzieje. Czemu ktoś na mnie krzyczy? Z czego bierze się w nim taki a nie inny sposób reagowania? Co kryje się pod słowami, które wypowiada? Co naprawdę stara mi się powiedzieć? Coś we mnie aż gotuje się i kipi z chęci wzięcia natychmiastowego odwetu, ale nie dopuszczam tego do głosu. Zamiast tego staram się obserwować w sobie tę potrzebę: skąd ona się bierze? Kto chce zareagować? Przyglądam się osobie naprzeciwko. Zastanawiam się, w jaki sposób powinienem jej odpowiedzieć. I na co? Być może jest część racji w tym, co ona mówi? A może jest to wynik reakcji na coś, co ja zrobiłem, co było krzywdzące i niesprawiedliwe? Może teraz dopiero jestem w stanie to zrozumieć?
                Staram się odpowiadać spokojnie. Staram się, aby w tej odpowiedzi nie było ani cienia złośliwości czy cynizmu. Aby była odpowiedzią, a nie oddawaniem ciosu.
Prawdziwa odpowiedź będzie pytaniem. Słuchanie bowiem zawsze wynika z chęci usłyszenia. Nie ulegam pokusie złudzenia, że przecież wiem, co ona myśli. Nie wiem. Jeśli wydaje mi się, że wiem, to tylko znaczy, że pozostaję we władzy projekcji. Prawdziwe słuchanie zaczyna się zawsze w tym właśnie momencie, w którym pozwalam sobie nie wiedzieć.
                Wydaje się proste i logiczne, prawda? Jednak ktoś, kto próbował kiedyś nie zareagować w takiej sytuacji, wie że to przedsięwzięcie niemal niewykonalne. Po fakcie, owszem, przy odrobinie wewnętrznej uczciwości jesteśmy w stanie dostrzec bezsens naszych reakcji i to, jak należało poprowadzić daną sytuację, aby uniknąć krzywdzących słów i zachowań. Ale w momencie, gdy to się działo, byliśmy całkowicie utożsamieni z naszym gniewem, z poczuciem „słusznej” obrony. To utożsamienie wydało nas na pastwę reakcji. I koniec końców – nie było nas w tej sytuacji. Bo przecież to nie my odpowiadaliśmy – to reagowały nasze mechanizmy obronne.

                Jeżeli jednak jakimś cudem się powiedzie – co wtedy? Oczywiście nie można generalizować, lecz jedno jest pewne: kiedy zachowamy się w sposób inny niż zawsze mechanizmy reakcji drugiej osoby na moment staną się bezsilne. Nastąpi coś w rodzaju złamania procedury. Działająca maszyneria na moment się zawiesi. I ten właśnie moment będzie szansą na prawdziwą odpowiedź.

poniedziałek, 6 maja 2013

Intelekt a umysł


                Mamy w sobie dwie bardzo różne  funkcje, które notorycznie mylimy ze sobą, żyjąc w przekonaniu, że są tym samym. Na swój własny użytek staram się je rozdzielać w moim myśleniu nazywając jedną z nich intelektem, drugą zaś umysłem.
Pierwsza z nich służy do gromadzenia, katalogowania i udostępniania wszelkich informacji, z jakimi się stykamy. Definicje, tytuły książek, filmów, czy piosenek, imiona, nazwiska, wyczytane wiadomości, teorie, plotki, anegdoty, historyjki, twierdzenia naukowe – można by wymieniać w nieskończoność. Na zasadzie mniej lub bardziej przypadkowych skojarzeń różne informacje łączą się ze sobą, czasem tworząc różne hybrydy będące potem świetnym budulcem dla naszych przekonań i uprzedzeń co do faktów, ludzi, czy siebie samych.
Druga z tych funkcji służy do myślenia. Czym zaś jest myślenie? To dopiero jest pytanie! Oczywiście łatwo pokusić się o taką czy inną intelektualną odpowiedź, ale jaki z niej będzie pożytek? Łatwiej powiedzieć czym myślenie nie jest. Jeśli je porównać z funkcjami intelektu nie jest na pewno erudycją. Nazywanie rzeczy, przyklejanie etykietek, przypominanie sobie wymyślonych już przez innych etykietek – tego w żaden sposób nie można nazwać myśleniem.
Intelekt rości sobie prawo do myślenia, choć nie jest do niego zdolny. Wystarczy obejrzeć jakikolwiek program, w którym dyskutują politycy, celebryci czy inni jeszcze wszechwiedzący eksperci od wszystkiego. Każda ze zgromadzonych tam osób bez zająknienia będzie wypowiadać kategoryczne sądy na tematy powiązane z dziedzinami, z których nie ma żadnej ale to dosłownie żadnej wiedzy.
Szczególnie współcześnie nie jesteśmy w stanie odróżnić erudycji od wiedzy. A różnica między nimi nie jest jedynie różnicą stopnia. Tak naprawdę jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
Nie chodzi o to, aby deprecjonować jedno kosztem drugiego. Chodzi tylko o to, aby używać obu tych funkcji właściwie – zgodnie z ich przeznaczeniem.
Aby bardziej wyraziście pokazać różnicę między prawdziwą wiedzą a erudycją, która za nią uchodzi, posłużę się starą historią o abba Pambo. Był to mnich z czasów tak zwanych ojców pustyni, czyli ludzi, którzy po tym jak chrześcijaństwo stało się religią państwową za Konstantyna zaczęli uciekać na pustynię, szukać tam bardziej pogłębionej duchowości i tworząc podwaliny późniejszego monastycyzmu chrześcijańskiego. Byli to częstokroć ludzie prości, jak właśnie nasz Pambo, który nie umiał czytać. Przyszedł on pewnego dnia do bardziej uczonego mnicha, chcąc nauczyć się na pamięć psalmu. Wybór padł na Psalm 39 (38), jednak, kiedy abba Pambo usłyszał pierwszy wers: „Będę pilnował dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem” nie chciał już słyszeć dalszego ciągu i odszedł, mówiąc, że wystarczy mu i tego jednego wersu, jeżeli zdoła się go nauczyć w praktycznym życiu. Gdy zaś ów uczony mnich wezwał Pambo ponownie, pytając, dlaczego nie pokazał się przez całe sześć miesięcy, zapytany odrzekł, że wiersza tego psalmu nie wyuczył się jeszcze w uczynkach. Po wielu latach, gdy znajomy zapytał Pambo, czy umie już ów wers, usłyszał następującą odpowiedź: „Przez całe dziewiętnaście lat z trudem nauczyłem się go wcielać w życie.”
Oczywiście z punktu widzenia intelektu ta historia może wydać się absurdalna. Szczególnie w czasach, gdy jesteśmy przyzwyczajeni do przetwarzania całej masy informacji. Cóż to dla nas przeczytać całą Księgę Psalmów w ciągu jednego dnia, ba, nawet paru godzin? Tylko co nam da taka lektura? Czytanie bez rozumienia, bez prawdziwego rozumienia, samo w sobie jest mało inteligentne.
Prawdziwa wiedza jest czymś praktycznym. To oznacza, że nie jest możliwa bez wewnętrznego wysiłku. Dlatego współcześnie, kiedy przyzwyczailiśmy się szybko osiągać łatwy efekt, powierzchowna erudycja jest czymś znacznie bardziej atrakcyjnym. I tkwimy w tej pułapce naprawdę głęboko.

piątek, 26 kwietnia 2013

Proces


                Nasze życie to nic innego jak cała masa najróżniejszych procesów pozostających w ciągłym ruchu. Każdy z nich rozwija się w sobie tylko właściwy sposób, wchodząc jednocześnie w kontakt z innymi – zmieniając ich kierunek poprzez swój przypadkowy wpływ, jak i samemu ulegając ich oddziaływaniu. Nie jesteśmy świadomi żadnego z nich, najczęściej nie potrafimy ich w sobie dostrzec, a co dopiero obserwować. Przyzwyczailiśmy się postrzegać rzeczywistość jako coś statycznego, co nie ulega łatwo zmianie. Tymczasem rzeczywistość, w której żyjemy, sama w sobie jest zmianą.
                Niekiedy z perspektywy czasu dostrzegamy jakiś decydujący moment w naszym życiu i uświadamiamy sobie, że gdybyśmy wtedy postąpili inaczej, nasze życie w niczym nie przypominałoby teraz tego, czym jest. Coś się wtedy decydowało, otwierały się różne możliwości i to, którą z nich wybraliśmy zaważyło na tym, jak wszystko potoczyło się dalej. Lecz wtedy nie mieliśmy tej świadomości. Nie widzieliśmy tego tak jasno. Wtedy po prostu mechanicznie zareagowaliśmy w typowy dla nas sposób. To nie my wybieraliśmy. To nasz nawyk zadecydował za nas. Gdybyśmy w tamtym momencie mieli tę świadomość co teraz, że właśnie decyduje się coś rozstrzygającego dla naszego życia, być może zdobylibyśmy się na wysiłek powstrzymania odruchowej reakcji. Być może wtedy bylibyśmy w stanie zobaczyć, jakie zadanie stawia przed nami dziejąca się właśnie sytuacja i wyszlibyśmy mu naprzeciw – świadomie i odpowiedzialnie.
                Każdy proces ma takie momenty, w których zatrzymuje się jakby na chwilę. Napędzająca go do tej pory siła wyczerpała się z jakiegoś powodu. Potrzebuje teraz nowego impulsu. A to oznacza otwarcie różnych możliwości. Różnych kierunków. Jakbyśmy stanęli przed kilkoma ścieżkami, z których każda prowadzi w zupełnie inne miejsca. Od tego, którą z nich pójdziemy, zależy dokąd będziemy w stanie dojść.
                Aby móc dostrzec ten moment, kiedy wydarza się w procesie mojego życia, muszę być przytomny, nie mogę spać. Muszę być w stanie widzieć. Ale całe moje życie upływa głównie na wyobrażaniu sobie czegoś, na bycie myślami w przeszłości lub przyszłości. Jak mogę być w stanie dostrzec to co jest teraz?
                Dlatego dostrzegę ten moment, owszem, ale znacznie później, za parę lub paręnaście lat. Wspominając przeszłość dostrzegę nagle, że wtedy, właśnie wtedy przegapiłem szansę na coś. Zacznę się wtedy oczywiście zastanawiać, co by było gdyby, snuć rozmaite wizje, jak teraz wyglądałoby moje życie gdybym to i tamto wtedy, tamtego dnia… A tymczasem kolejny proces, kolejny moment subtelnych zmian będzie zachodził mechanicznie, nijak przeze mnie nie zauważony…

środa, 6 marca 2013

Wewnętrzne sprzeczności


                Pisze Paweł: „Nie umiem […] pojąć tego, co czynię. Nie czynię tego, co chcę, lecz to czynię, czego nienawidzę. […] Chęć bowiem dobrego czynu szybko zjawia się we mnie, wykonanie jednak – nie. Bo nie czynię dobra, którego chcę, lecz popełniam zło, którego nie chcę.” (Rz. 7, 15-19) To chyba jedno z najbardziej trafnych ujęć wewnętrznej sprzeczności, jaką wszyscy w sobie nosimy. O czym tu mowa?
                Ktoś, kto nie starał się nigdy obserwować siebie bez uprzedzeń, nie będzie wiedział. Wypracowaliśmy masę mechanizmów obronnych, dzięki którym możemy w spokoju ducha żywić przekonania co do własnej doskonałości, ślepi na targające nami sprzeczności.
                Wyobraźmy sobie sytuację zdrady. Jeszcze do niej nie doszło. Na razie pojawia się sama jej intencja. Mglista jeszcze i nieokreślona. Pod wpływem splotu różnych przypadkowych wydarzeń przybiera bardziej konkretne wymiary. Dajemy się temu ponieść, nie zastanawiamy się zbytnio nad tym. I teraz wyobraźmy sobie, że rzecz się wydała. Zdekonspirowało nas jakieś kłamstwo czy niekonsekwencja. W momencie, w którym wychodzi to na jaw, zawala się nasz i czyjś świat. Czujemy ból i wstyd z powodu tego, co zrobiliśmy (czy choćby chcieliśmy zrobić) sobie i tej drugiej osobie. Ale czujemy też coś jeszcze – ulgę. Że koniec, że już nie musimy dalej brnąć w tę sytuację, która im dalej by się rozwijała, tym więcej wyrzutów sumienia musiałaby nas kosztować. Czyli był w tym jakiś przymus? Najwyraźniej. Ale przecież nikt nas nie zmuszał. Czy aby na pewno?
                Kto chciał zdradzić? Kto czuje wyrzuty sumienia? I czemu te dwie osoby są ze sobą w tak dramatycznym konflikcie?
                Jesteśmy polem nieustannej batalii różnych sił. W różnych momentach różne z nich odnoszą w nas zwycięstwa. Wiele zależy od przypadku, od całej masy skomplikowanych systemów powiązań i zależności. Można by się zastanawiać, czy w ogóle cokolwiek od nas zależy. Bo w istocie – przy tak wielkiej bezsilności, jakaż może być odpowiedzialność?
Zatem - co od nas zależy? Możemy próbować wybierać wpływy, które chcielibyśmy w sobie wzmacniać. Oczywiście, dopóki stać nas na ten bezsprzeczny luksus niczym nie podpartego przekonania o posiadaniu wolnej woli, fakt, że jedyne co możemy, to ewentualnie wybierać wpływy, którym mamy podlegać bardziej niż innym, wydaje się po prostu żałosny. Jednak jest to jedyna prawdziwa wolność, do jakiej możemy mieć dostęp. Co więcej, etap, na którym owo samodzielne wybieranie wpływów staje się możliwe, wymaga długiej i morderczej pracy.
Wracając do przywołanej wyżej sytuacji – jak trudna, bolesna i okrutna by ona nie była, ma jedną zaletę – ujawnia w nas ów wewnętrzny konflikt w sposób niemożliwy do zignorowania. Dzięki temu możemy go zobaczyć. Przyjrzeć mu się i spróbować zrozumieć – w całej jego absurdalności. Zrozumieć nie tylko umysłem, ale całym sobą. Przestać udawać, że go nie ma. Zacząć obserwować.
To nie jest przyjemne. To boli. Pokusa zrzucenia winy na kogokolwiek innego – tak jak zawsze w takich sytuacjach to robimy – jest ogromna.
Pierwszy krok do wyzwolenia się od niego polega właśnie na tym – aby nie odwracać od niego wzroku.
Tylko, czy potrafimy w tym wytrwać?
                

niedziela, 20 stycznia 2013

Wiedza a doświadczenie


                Z nadejściem Nowego Roku postanowiłem zmodyfikować nieco założenia niniejszego bloga. Kiedy zacząłem go prowadzić, obiecałem sobie, że nie będę pisał o niczym, czego sam bym w swojej pracy nad sobą nie doświadczył. Chodziło mi o uniknięcie jakże łatwej pokusy intelektualizmu i erudycji, kiedy to naczytawszy się tego i owego zaczynamy sypać jak z rękawa różnymi mniej lub bardziej zgrabnymi teoryjkami, mądrościami i poglądami. Powstają z tego potem artykuły, eseje czy książki, które wszystkie mają tę samą, trudno z początku uchwytną, cechę: są jałowe. Owszem, ciekawe intelektualnie, często fascynujące, jednak, kiedy po przeczytaniu, człowiek zapyta się uczciwie – co mi to dało, co z tego we mnie zostało i jaki praktyczny użytek mogę zrobić z wiedzy tam znalezionej – odpowiedź brzmi: nic. Najczęściej nie umiemy się zdobyć aż na taką uczciwość wobec siebie samych, w związku z czym mówimy: to interesujące. Ach, jakaż interesująca ta książka! Ach, jak nic z jej lektury nie wynika dla mojego życia (poza dodatkowym napompowaniem mojego i tak już napompowanego erudycyjnego Ego).
                Wiem sam po sobie, jakie łatwe jest pisanie takich tekstów i jakich przyjemnostek może dostarczać piszącemu. Wiem też, iż popadnięcie w erudycyjną masturbację zamyka coś w człowieku, odcina go od tej resztki doświadczenia, jaka mu jeszcze została w jego pełnym pozorów życiu. Dlatego staram się od wielu lat unikać wszelkich sytuacji, które groziłyby ześlizgnięciem się w te koleiny.
                Stąd właśnie wzięło się takie a nie inne założenie, poczynione na samym początku, kiedy zakładałem ten blog. Dlaczego więc teraz chciałbym je zmodyfikować? Może najpierw powiem jak chciałbym je zmienić. Otóż chcę sobie dać prawo do pisania o rzeczach, które nie zawsze odwołują się do tego, co znałbym z własnego doświadczenia. O rzeczach, co do których wiem, że istnieją, ale sam jeszcze nigdy ich nie doświadczyłem. Także o rzeczach, które wydarzyły się innym ludziom, usiłującym odnaleźć wiedzę i praktykę, które umożliwiłyby im stanie się człowiekiem w pełni tego słowa. O ludziach, którzy często żyli wiele setek lat temu. A których ja mogę znać tylko z lektury tekstów, jakie po sobie pozostawili lub ktoś o nich napisał. Często zdarza się tak, że dopiero coś, co wydarzyło się kiedyś komuś innemu pozwala mi zrozumieć to, co się dzieje ze mną teraz.
                Powyższe zdanie stanowi pierwszą część odpowiedzi na pytanie: „dlaczego?”
                Druga część odpowiedzi jest taka, że w moim skromnym tu pisaniu zacząłem dochodzić do pewnej ściany. Są doświadczenia, o których bardzo trudno jest pisać. Po pierwsze, bo wymykają się językowi, który nie potrafiąc ich oddać, zaczyna w nieznośny sposób zafałszowywać. Po drugie, ponieważ mówienie o nich ma sens tylko komuś, kto sam doświadczył podobnych rzeczy. Wtedy czemuś to służy. Inaczej staje się co najwyżej zaspokajaniem własnej próżności piszącego i czczej ciekawości czytelnika.
                Oczywiście, zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa rozminięcia się wiedzy z doświadczeniem. Dopóki obie rzeczy rozwijają się w człowieku równomiernie, dopóty istnieje w nim możliwość rozumienia. Jednak, gdy jedna z nich zaczyna zbytnio się rozwijać kosztem drugiej – prawdziwe rozumienie staje się niemożliwe i zastępuje je erudycja. Widziałem wiele razy na żywych przykładach działanie tego mechanizmu i staram się stale mieć przed nim na baczności. Mam nadzieję, że uda mi się skutecznie dalej mu opierać, choć pokusa doprawdy jest bardzo silna.
                No cóż, tyle przedmiotem usprawiedliwienia. Niebawem pierwszy tekst „na nowych zasadach”.

środa, 26 grudnia 2012

Słuchanie


            Zdecydowana większość kłótni i animozji, jakich doświadczamy w swoim życiu bierze się z braku umiejętności słuchania. Ta zaś z kolei jest wynikiem tkwiącego w nas błędnego przekonania, że znamy drugą osobę, że wiemy, co ona chce nam powiedzieć, a co więcej - wiemy lepiej niż ona jak sprawy stoją.
            Oczywiście, jesteśmy przekonani, że umiemy słuchać. Zazwyczaj potrafimy cierpliwie doczekać, aż druga osoba dokończy swoją myśl i dopiero wtedy zaczynamy z nią dyskutować. Doprawdy, jakież to szlachetne z naszej strony, że nie przerywamy, choć tak bardzo mamy na to ochotę. Tyle, że ze słuchaniem ma to wszystko niewiele wspólnego.
            Prawdziwe słuchanie nigdy nie jest czymś pasywnym. Przeciwnie, pierwszym impulsem, z którego się ono rodzi, jest pragnienie poznania tego, co dzieje się wewnątrz drugiego człowieka. Pierwszym krokiem po temu będzie uświadomienie sobie, że nie wiemy tego i nie możemy wiedzieć. To, co wydaje nam się, że wiemy na temat drugiego, nie jestem niczym więcej niż naszym własnym sądem, który projektujemy na inną osobę, nakładając na nią złudny obraz utworzony z naszych uprzedzeń, kompleksów i lęków.
            Słuchanie nie jest łatwe. Wymaga wielkiego wysiłku. Wysiłku nie oceniania. Wysiłku nie ulegania nawykom własnego myślenia. A jak można im nie ulegać, kiedy nawet się ich nie zna? Dlatego prawdziwe słuchanie zaczyna się od samoobserwacji i poznania siebie. I tutaj czeka nas kolejna trudność - słuchanie siebie jest taka sam trudne, jak słuchanie drugiej osoby, bowiem w tym samym stopniu, w jakim nie znamy innych, postrzegając ich wyłącznie przez pryzmat własnych projekcji, nie znamy siebie.
            Słuchanie nie jest więc biernym czekaniem aż druga osoba skończy zdanie, nie jest nawet li tylko podążaniem za logiką jej wypowiedzi. Jest wyjściem naprzeciw.
            Usłyszeć naprawdę znaczy naprawdę zrozumieć.
            Uczeń Plotyna, Porfiriusz, w poświęconej swemu mistrzowi rozprawie, opisuje swoje pierwsze z nim zetknięcie. Kiedy po raz pierwszy przybył na wykład filozofa, usiadł wśród innych słuchaczy i doczekał do końca, kiedy to można było zadawać mistrzowi pytania. Doszedłszy do głosu, czym prędzej począł zbijać kilka niesłusznych jego zdaniem tez z dopiero co wygłoszonej nauki. Zgromadzeni z podziwem wysłuchiwali pełnych kunsztownych sylogizmów i figur retorycznych wywodów młodzieńca. Drugiego dnia sytuacja powtórzyła się niemal identycznie - po wykładzie, gdy nadszedł czas zadawania pytań, nasz rezolutny Porfiriusz wykorzystał go do swych błyskotliwych polemicznych wywodów. Trzeciego dnia, w trakcie słuchania wykładu mistrza, nagle uświadomił sobie, że w najmniejszym stopniu nie rozumie tego nauczania. Został jednym z najwierniejszych uczniów Plotyna, poświęcając swoje życie na objaśnianie, systematyzowanie i bronienie nauki swego mistrza przed zarzutami innych filozofów.
            Słuchanie wymaga odpowiedniego nastawienia wewnętrznego. Świadomi własnej omylności, tego jak łatwo nasze nawykowe reakcje myślowe czy emocjonalne oddzielają nas nie tylko od innych, ale nawet od samych siebie - staramy się zrozumieć. Ze wszystkich sił, najlepiej jak potrafimy staramy się zrozumieć drugą osobę, odrzucając bezlitośnie to wszystko, co wydaje nam się, że rozumiemy.
            Słuchanie to bardzo ciężka praca.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Traktat o samotności

To bardzo stary tekst, opisujący pewne chyba dość powszechne doświadczenie. Przypomniałem sobie o nim niedawno. Przeczytałem i stwierdziłem, że nie mam zbyt wiele nowego do dodania w tej kwestii.


Traktat o samotności



I. Przestrzenie samotności

  1. Samotność to pustka. Pustka, którą jestem ja sam.
  2. Doświadczenie Innego pod postacią pustki zapośrednicza moje osamotnienie w przestrzeni między mną a Innym. Nazwijmy ją przestrzenią obcości.
  3. Przestrzeń obcości jest dystansem. Dystans pozwala dostrzec drugiego.
  4. Zjawia się niepokojące pytanie: „Czy drugi może być postrzegany tylko pod postacią pustki?” Innymi słowy – czy postrzegając Innego zawsze muszę widzieć tyko siebie samego, własną, wyobcowaną ze mnie pustkę?
  5. I dwa następne pytania, dwa końce tego samego sznura. Pierwsze: czy możliwe jest spotkanie z tamtym? Drugie: jak spotkać w sobie własną obecność – nie oddzieloną?
  6. Spotkanie może się spełnić tylko jako przenikanie. Wzajemne przenikanie poprzez przestrzeń obcości.
  7. Moja samotność unosi mnie gdzieś daleko od drugiego. Przestrzeń obcości zasklepia się nad mym ciałem, pogrążonym w potoku minut i godzin zmierzających donikąd.
  8. Czas formuje dystans w konkretne miary i odległości. Wydaje się, że dzięki temu zawęża nieskończoną nieokreśloność oczekiwania w konkretną i wymierną liczbę. Ale to tylko pozór. W rzeczywistości to zawężenie oznacza twardą nieprzekraczalność pustki teraźniejszego momentu. Jej dotkliwą namacalność.
  9. Coś pragnie się przez mnie wyartykułować. Mowie jednak brakuje nakierowania i język zastyga bezradny, wpychając niewypowiedziane słowa z powrotem do gardła.
  10. Słowa, które nie mogą wybrzmieć, zapadają gdzieś na dno zamierających w bezruchu myśli i tak stopniowo stają się coraz bardziej nieokreślone, aż w końcu rozmywają się zupełnie w przezroczystości milczenia.
  11. Kiedy Inny objawia mi się w swej nieobecności, przestrzeń obcości rozszerza się w nieskończoną próżnię.
  12. Jeśli jednak spełnia się spotkanie, to próżnia ta nasyca się wewnątrz nas obu w tym – stającym się – momencie. I nawet, gdy oddali się on w minione wspomnienie, nieobecność Innego będzie już czymś żywym.
  13. Promień nakierowania przeszywający przestrzeń obcości. Rozdziela się na dwóch jej krańcach: z jednej strony ja, z drugiej – Inny.
  14. Współobecność. Między Innym a mną. Im większy dystans, tym bardziej napięta. W końcu pustka między nami zaczyna wibrować.
  15. Ale nakierowanie tylko powiększa oddalenie. Teraz bowiem, gdy w mojej pustce objawia się Inny, jego nieobecność staje się czymś niezwykle konkretnym , a przez to dotkliwym. Można powiedzieć, że doznając Innego jako nieobecności zostaję wydany na łup pustki, która właśnie rozwarła się we mnie.
  16. Rozdarcie staje się coraz większe. Jego granice przebiegają wewnątrz mnie.
  17. Tak dokonuje się rozdzielenie, które sprawia, że sam sobie jestem obcy.
  18. Oddzielony, staję się dla siebie Innym. W samym sobie odkrywam przestrzeń obcości.
  19. To, co pozornie znajome, postrzegam teraz jako obce. Nie rozumiem i nawet nie staram się zrozumieć.
  20. Kiedy pragnę wyartykułować myśl, słowo, czy cokolwiek, oddziela się ono ode mnie natychmiast po zaistnieniu na zewnątrz. Zaczyna żyć własnym życiem, umyka coraz bardziej, zawłaszcza moje ciało i głos. To już nie ja coś artykułuję, lecz artykułowane przekształca mnie niepostrzeżenie.
  21. W miarę jak przestrzeń obcości pogłębia się, staram się ją obserwować.
  22. Widzenie jest zapośredniczeniem.
  23. Widząc, wychodzę naprzeciw temu, co zobaczyłem w sobie jako obce.
  24. Wewnętrzne pęknięcie wskazuje na coś, co jest spoza mnie.
  25. Widzenie tego, co obce, bycie uważnym na to, co niezrozumiałe, to podstawowe warunki spotkania.
  26. Pragnienie zrozumienia, przyswojenia poprzez opis za pomocą znajomych pojęć – to wszystko są tylko wybiegi otępiałego umysłu, prowadzące do tworzenia przezeń kolejnych pozorów, odbić tego, co się uwidacznia. Odbić, które są tylko fantomami.
  27. Spotkanie oznacza wyjście naprzeciw. Otwarcie się na coś, bez potrzeby chwytania tego i oswajania.
  28. Spotkanie z Innym w sobie jest przeniknięciem tego, co nie jest mną – choć noszę to w sobie.
  29. Samotność nie jest niczym innym jak skrajną formą tęsknoty za tym.
  30. Bez oddzielenia nie może być spotkania.
  31. Zarazem każde spotkanie – po tym jak się spełniło – pogłębia samotność, którą po sobie pozostawia.
  32. Strach przed tym powoduje, że samotność zmienia się często w ucieczkę przed Innym.
  33. Lęk przed spotkaniem, przed jego konsekwencjami, sprawia, że wycofuję się w głąb siebie samego. Zamykam się przed Innym, broniąc dostępu do siebie wszystkiemu, co nieznane, czego nie mogę uchwycić i uczynić swoim.
  34. W ten sposób zatraca się nakierowanie.
  35. Wycofując się we własny lęk i zamykając się w nim, zamieniam samotność w osamotnienie.
  36. Bez nakierowania, w pancerzu własnych iluzji, pogrążam się w bezładnej pustce bezpiecznego trwania. Dryfuję donikąd w nierzeczywistych przestrzeniach osamotnienia.


II. Gramatyka samotności (1)

      Mówimy o samotności jako o pewnym stanie. „On jest samotny” brzmi podobnie do: „on jest żonaty”. Na czym polega podobieństwo? Punktem odniesienia jest tu relacja z innymi, społeczny wymiar czyjegoś egzystowania. Różnica zaś tkwi w tym, że o ile to drugie wyczerpuje swoje sensy rozpatrywane tylko w owym społecznym wymiarze, o tyle to pierwsze swój najgłębszy i najprawdziwszy sens objawia dopiero  p o z a  nim.

      Porównaj następujące sposoby wyrażania się: „być z kimś” ( w znaczeniu: tworzyć z nim parę) i „być samemu”.
      Pytamy np.: „Jak długo jesteście ze sobą?” I ma się tu wrażenie jakby pytanie dotyczyło początków sytuacji, która trwa i jej trwanie wydaje się czymś naturalnym, co przynależy już do ustalonego porządku, w jakim się ona zawiera. Natomiast pytanie: „Jak długo jesteś sam?” zdaje się zawierać w sobie ukrytą sugestię nienormalności tego stanu. Daje się w nim też wyczuć pewne otwarcie dotyczące perspektywy przyszłości. Jakby ten, kto takie pytanie zadaje, mówił jednocześnie: „To już nie może potrwać długo.”
      Jakby samotność była zakłóceniem naturalnego sposobu funkcjonowania człowieka. Na co wskazuje tutaj określenie „naturalny”? Naturalny dla kogo? Dla człowieka? Dla społeczności? Dla obrazu ludzkiej rzeczywistości, jaki zawiera w sobie język?

      Porównaj użycie zwrotów: „być ze sobą” („oni są ze sobą”) i „być sam na sam ze sobą”. Pytamy (jak wyżej): „Jak długo oni są ze sobą?” i chcemy tu uzyskać dokładną informację na temat: ile już czasu trwa ich związek, który postrzegamy jako stan permanentny.
      Pytanie: „Jak długo jesteś sam na sam ze sobą?” brzmi dziwnie. Czego właściwie chciałbym się dowiedzieć zadając je w takiej właśnie formie?
      „Być ze sobą” zawiera element pewnej pasywności, bo używając tego zwrotu mamy na myśli pewne trwanie. „Być sam na sam ze sobą” zdaje się odnosić do czegoś aktywnego. Na pewno nie chodzi tu żaden stan, ale o coś, co powiązane jest z jakąś czynnością. Niekoniecznie jedną. Z różnymi czynnościami wewnętrznymi.

      Co mogłoby znaczyć: „nie być sam na sam ze sobą”? Czy kiedy jestem z kimś, to jestem też ze sobą?
      Mówimy np.: „Zostaw mnie, muszę pobyć sam”. Czego się tu domagamy?
      Nie chodzi o tę drugą osobę. Ona mi przeszkadza. W czym?

      Dopiero będąc sam na sam ze sobą mogę w pełni doświadczać  s i e b i e.

      Na czym polega różnica między „byciem samemu” a „byciem samotnym”? Kiedy jestem sam, to znaczy, że nie ma  o b o k  nikogo poza mną. Samotny zaś mogę czuć się także wśród ludzi. Samotność  m i m o  innych to niejako podwójne osamotnienie, gdyż drugi człowiek staje się tu lustrem odbijającym tylko moją pustkę. On sam rozpływa się w tej pustce, dla  m n i e  przestaje istnieć.
      „Być samotnym” oznacza być odciętym od innych i od siebie – jako Innego. Jest to doświadczenie niepełności samego siebie, bliskie doświadczeniu zgubienia. Dlatego mówię tu o osamotnieniu. Osamotnienie jest zawsze samotnością  w o b e c  kogoś.
      „Bycie samemu” w przeciwieństwie do osamotnienia, jest doświadczeniem wewnętrznym. Możliwe staje się tu spojrzenie skierowane do wewnątrz. Patrzę wtedy z zewnątrz, jakbym oddzielił się od siebie i stanął obok. Pojawia się rozdwojenie, czy – mówiąc trafniej – oddzielenie. Ale nie jest ono doświadczeniem własnej niepełności. Wręcz przeciwnie. W tym dziwnym, oddzielonym spojrzeniu coś się spełnia: patrzone spotyka patrzącego.


III. Twarze samotności

      Czasami samotność ma twarz konkretnej osoby. Ale to tylko pozór. Wkrótce rysy zaczynają się zacierać, a spomiędzy nich coraz jaskrawiej wyłania się coś, co przypomina pusty zarys głowy na prześwietlonym filmie.
      Gdy twarz samotności zaczyna być rozmazana i nierozpoznawalna, znaczy to, że zostaliśmy wydani na łup naszej własnej nieokreśloności. Uczucie pustki staje się coraz bardziej nieodparte i dołącza do niego nieprzyjemne wrażenie lekkości, dryfowania w próżni.
      Pozbawieni jakiegokolwiek punktu oparcia, oddzielamy się od siebie, ulatując w zimne i obce przestrzenie.
      W pewnym sensie przestajemy istnieć.
      Czepiamy się rozpaczliwie wszelkich środków zaradczych, lecz one zawodzą. Muszą zawieść, bowiem zostaliśmy już wydani na pastwę nieistnienia.
      Zapadamy się do wnętrza tej wsysającej nas czarnej dziury.
      Próbujemy w innych szukać potwierdzenia naszego istnienia, ale jest już za późno. Inni mogą nas co najwyżej odbić w sobie, odbić niewyraźnie, tak słabo, że nawet tego nie dostrzeżemy.
      Zostaliśmy oddzieleni.
      Od innych.
Od siebie.

Zaczyna się wewnętrzna szamotanina. Odczucie niepewności w sobie i walka o to, by spróbować być całkowitym, choć na moment. Lecz całkowitość wydaje się już bezpowrotnie utracona. Samotność bowiem oznacza fragmentację.
Czy może jednak także zaprowadzić ku pełni?

Bez samotności pełnia wydaje się niemożliwa.
Więc jak to jest?

Oddzielenie pozwala dostrzec konieczność połączenia. Dopiero odczuwszy swoją niepełność mogę zacząć przeczuwać, czym jest spełnienie.
A czym jest?
Wyjściem poza siebie.

To samotność przywraca mnie sobie samemu. Oddzielony potrafię zobaczyć siebie z zewnątrz i w tym widzeniu przekroczyć granicę między mną a tym, co zewnętrzne, bez niebezpieczeństwa, że tamto pochwyci mnie i moje patrzenie. Gdyby tak się stało, byłby to tylko inny rodzaj oddzielenia – nie w sobie, a na zewnątrz.

Widząc siebie, tak jakbym oglądał kogoś obok, jestem w stanie zobaczyć w sobie coś spoza, co się we mnie ujawnia. Jeśli to ma twarz, będzie to twarz Innego.


IV. Obrastanie

Oddzielony, w zamknięciu swego ciała, zaczynasz obrastać czymś, co nie jest tobą. Nawarstwiająca się skorupa nie tylko odgradza cię od rzeczy na zewnątrz. Ona sama staje się twoją zewnętrznością. Dokonuje się zmiana perspektywy z odwzorowującej rzeczywistość na iluzoryczną, będącą tworem twoich myśli, błąkających się po labiryntach własnego zagubienia. Rzeczywiste przestaje dla ciebie istnieć, bo nie jesteś w stanie dłużej go postrzegać. To, co jawi ci się jako zewnętrzna realność, jest tylko ciągiem obrazów z twojego snu rzutowanego na wewnętrzną powierzchnię zrośniętej z tobą skorupy.
Tak zamknięty w sobie obrastasz coraz grubszą warstwą twardych pancerzy, odbijających w sobie zewnętrzne obrazy. Ponieważ obrazy wciąż uciekają z ciebie, nie jesteś w stanie rozpoznać ich prawdziwej natury. Wciąż musisz je postrzegać jako realnie istniejące na zewnątrz ciebie.
Gdyby jednak udało ci się odwrócić ten ruch i zamiast na zewnątrz, skierować obrazy do środka, byłbyś w stanie rozpoznać ich rzeczywistą naturę. Wtedy, przy ich pomocy, będziesz mógł dojrzeć w sobie coś zadziwiającego – niewielki zalążek, coś w rodzaju zarodka, rozwijającego się w samych środku obrośniętego skorupą ciała.


V. Szczelina

Między tobą a tym, co zewnętrzne, istnieje szczelina, która oddziela. Choć może wydawać się niewielka, konsekwencje jej istnienia są dla ciebie jak najbardziej doniosłe. Nie możesz doświadczyć zewnętrzności. Możesz tylko projektować swoje wyobrażenia tego doświadczenia na zewnątrz. W ten sposób popadasz w złudzenie jedności i wkrótce jesteś gotów uwierzyć, że rozdarcie zostało usunięte. Jednak niejasne przeczucie oddzielenia zostaje. Omamiony wzrok produkuje dla ciebie obrazy zjednoczenia, choć w tym samym czasie rośnie odczucie pustki w miejscu, gdzie wydaje ci się, że postrzegasz pełnię. Wynajdujesz więc coraz to nowe sposoby jej zapełnienia. Zmieniasz obrazy rzutowane w przestrzeń między tobą a rzeczywistym. Za każdym razem na chwilę udaje ci się zapomnieć.
Dałeś się zwieść własnemu złudzeniu, nie potrafisz więc zrozumieć co się dzieje. Szukasz na oślep coraz to nowych rozwiązań, z których wszystkie tak naprawdę są tym samym.
Miotasz się bezradny, chociaż gdzieś wewnątrz ciebie coś dobrze wie na czym polega problem. Ta wiedza jest jednak bolesna, więc zdobywasz się na jeszcze większy wysiłek, aby zagłuszyć ten cichy, ledwie słyszalny głos, tę część siebie, która w i e.


VI. Wyjście z kokonu (próba opisu spektaklu Miho Iwaty „Utsusemi”)

Biała postać wymyka się ciemności. Sunie wolno do przodu. Trudno dostrzec jej ruchy, jest opakowana w szeleszczący papier, spod którego udaje się wymknąć tylko dłoniom bezradnie zwisającym w powietrzu.

Płynie w mroku. Dokądś zmierza. Coś ją przyciąga. Ale czy ona sama wie co?

Gdy wspina się do góry, odsłonięte białe stopy walczą z przestrzenią o każdy krok.

Sunie do przodu.

Obraca się. Skręca.

Idzie.

Upada.

Teraz zaczyna pełznąć przed siebie. Próbuje wyrwać się do góry, ale jakaś siła trzyma ja na dole. Szamoce się jednak, gubiąc fragmenty szeleszczącego ubrania.
Kobieta wyczołguje się z papierowego kokonu. Długo, mozolnie. Widać jej plecy, jak stopniowo wysuwają się spomiędzy białych płacht. Ich nagość demaskuje martwą sztuczność papieru.
Kobieta wyłania się na zewnątrz. Jej ciało wygina się i miota, próbując dosięgnąć czegoś poza sobą.
Napięta skóra ukazuje żebra i łukowatą linię kręgosłupa.
Pozrzucane fragmenty ubrania ułożyły się w pas postrzępionych śmieci. Linię papierowego śluzu.

Nogi prostują się nad biodrami, wypychając przed siebie powietrze.
Kobieta tańczy.

Kiedy udaje jej się wstać, może wreszcie sycić przestrzenią swoją skórę.
Może brać do rąk leżące na podłodze papierowe kształty. Może je wplatać w swój taniec.
Tańczy więc z nimi, a potem odrzuca, bowiem jej ciało nie czuje przywiązania.
Jest wolne.
Wolne, gdy się porusza i wolne w zatrzymaniu. Wolne, gdy się wspina i wolne, gdy opada.
Jednak kiedy zupełnie opadnie na podłogę, będzie to oznaczać koniec.
Łuska cykady skończyła swój lot. Leży bezradna na chwiejącym się liściu.




VIII. Bryłka lodu

W ciemnej zawiesinie
Zgęstniałych, zaschłych myśli
Wydrapujesz dziurę,
W której chcesz się schować.

Bryłka lodu ciasno
Zamknięta w twojej dłoni
Topnieje zostawiając
Po sobie mokry obrys.


VIII. Rana

Zranienie jest prawie niewidoczne. Nie ujawnia się jeszcze. Ale otwiera już w tobie zimną pustkę.
Pustka jest nieznośna. Łapiesz się każdego sposobu, aby zasklepić ranę.
Coś, co zostało rozdarte, nie stanie się już całością.
Nigdy w to jednak nie uwierzysz.

Będziesz ją w sobie nosił, te ranę, i wszystko, co w siebie przyjmiesz, będzie sprawiać ból. I będziesz czuł, jak z wolna rozpada się to, co przychodzi z zewnątrz i co wydaje się niezniszczalne.

Wiesz jednak, że bez niej byłbyś tylko ślepą kulką mięsa, zwiniętą w sobie i całkiem niemą.
Bo rana jest tym, co cię otwiera i wydaje na łup zewnętrzności.
Tak tylko możesz doświadczać. Krwawiąc i pękając w sobie.
Za taką cenę istnieje świat.


IX. Wygnanie z raju

A może rana jest tylko twoim własnym tworem? Ranisz siebie i innych, bo wierzysz, że pęknięcie istnieje od zawsze.
Ale może nie było go, dopóki nie zacząłeś wymawiać pierwszych sylab oddzielenia?

To by oznaczało, że oddzielenie jest w istocie tylko odwróceniem perspektywy.

Więc nie wygnano cię z raju. To ty wygnałeś go z siebie.

Podstawowe pytanie pozostaje wciąż to samo: czy istnieje droga powrotna?


X. Okna

Pamiętasz, jak kiedyś lubiłeś wpatrywać się w światła bloków? Ciemność pochłaniała twoje ciało, które wyobrażało sobie to, co istnieje po drugiej stronie każdego z okien. Nie były to konkretne obrazy wnętrza pokoju, mebli, ścian i tak dalej. Nie o to chodziło. Raczej ogólne wrażenie ciepła, czy przestrzeni, która przyjmie cię w siebie, bo rozpoznałeś się jako przynależny do niej.
Każde okno stanowiło przejście do osobnego świata.
I gdybyś wszedł do któregokolwiek z nich, nie byłbyś tam u siebie. Bo też nie było sensu wchodzić.
Ale gdy patrzyłeś na te rozświetlone kwadraty, mijając je z oddali w zimny, jesienny wieczór, miałeś wrażenie, że wszystkie cię przywołują, gdzieś daleko, znacznie dalej niż do światów, na jakie one same musiały się otwierać.


XI. Ty jako pustka

- Nie widzę cię.
- Możesz mnie zobaczyć tylko jako pustkę. Puste miejsce po tym, kogo się tutaj spodziewałeś.
- Więc jesteś tylko niepełnym odbiciem osoby, która jest teraz gdzie indziej?
- Nie. Jestem całą pełnią jej nieobecności.
- Czy kiedy z tobą rozmawiam, nie rozmawiam ze sobą?
- Jeśli twoja samotność byłaby pytaniem, ja jestem odpowiedzią.
- Nie ma odpowiedzi na niezadane pytania.
- Odpowiedzią jest cisza.
- Wobec tego nawet nie muszę ich zadawać. To bezcelowe.
- Mylisz się. Istniejesz tylko o tyle, o ile je zadajesz.
- Ale przecież kiedyś muszę zdobyć jakąś pewność.
- Jesteś pytaniem. To jest pewność.


XII. Ślady

- Coś jakby ssanie. Wewnątrz klatki piersiowej.
- Czy możesz tym sterować?
- Mogę to w sobie obserwować, jakbym był szczurem w laboratorium.
- Spróbuj to opisać.
- Powiedzmy, że spadł śnieg. I zakrył sobą wszystko. Widać tylko biel. Kiedy idę, nie słychać moich kroków.
- Ale czym to jest dla ciebie?
- Właśnie tym. Po butach zostają lekkie wgłębienia. Śnieg pada. Po chwili nic już nie widać.


XIII. Gramatyka samotności

Jeśli powiem: „Jestem samotny” będzie w tym sformułowaniu coś nienaturalnego. Zabrzmi literacko i sztucznie. W potocznych rozmowach nikt tak nie mówi, bo od razu czuć w tym pozę.
Kiedy chcę opowiedzieć komuś o mojej samotności, jak starannie nie dobierałbym słów, zawsze w końcu okazuje się, że mówię o czym innym.
Być może dzieje się tak dlatego, że o samotności – jako doświadczeniu wewnętrznym – trudno jest mówić z innymi. Tak jakby język docierał tu do swych granic i próbę ich przekroczenia przypłacał banałem.