czwartek, 6 czerwca 2013

Ciało jako narzędzie pracy nad sobą, cz. 2

                Trudno powiedzieć, skąd to się w naszej kulturze wzięło. Ale wartościujemy, najczęściej zresztą nieświadomie: ciało jako coś „złego”, niskiego, duszę zaś (cokolwiek to słowo dla nas znaczy) jako „dobrą”, wyższą etc.
                Może to dziedzictwo pewnych nurtów mistycznych rodem ze starożytnej Grecji, które znalazły wyraz w ruchu pitagorejskim oraz filozofii Platona.  Jak wiadomo szczególnie ta druga w późniejszych czasach stała się pożywką wielu idei, które do dziś budują nasz obraz świata. Może – z drugiej strony – „winne” jest chrześcijaństwo, które od zwalczanych przez siebie skrajnie dualistycznych nurtów gnostyckich przejęło właśnie ów dualizm? W takim wypadku jednym z większych „winowajców” byłby Augustyn, który sam początkowo był manichejczykiem i – choć już jako nawrócony członek chrześcijańskiego kościoła zachodniego zwalczał zażarcie doktrynę manichejską – w głębi duszy pozostał nim, jeśli chodzi o stosunek do materii, a więc i ciała. Nie da się ukryć, że każda z tych tradycji, grecka i chrześcijańska, w dużym stopniu ukształtowały naszą relację z własną cielesnością.
                Panujący aktualnie wszechobecny kult ciała zdawałby się przeczyć tej tezie, lecz tylko pozornie. Na czym bowiem polega mechanizm współczesnej fascynacji pięknym ciałem? Czy dowartościowuje on rzeczywiście fizyczny aspekt naszego istnienia? Bynajmniej. Sprawia jedynie, że postrzegamy własne ciało jako coś zewnętrznego, fasadę, którą trzeba uczynić atrakcyjną dla wzroku innych. Zostaje ono zatem całkowicie uprzedmiotowione, a przez to zdegradowane – do roli rzeczy, czy wręcz gadżetu.
                W naszej kulturze ciało postrzegane jest albo jako twór podrzędny i podejrzany (dziedzictwo podejścia ascetycznego, które nakazywało ciało umartwiać) albo jako obiekt erotycznego pożądania (gdyby przeanalizować np. reklamy, jakie codziennie serwuje nam telewizja czy bilbordy, naprawdę ciężko byłoby wśród nich znaleźć takie, które nie odwołują się do aluzji i skojarzeń o charakterze seksualnym).

                To zdumiewające, że wszystkie wzorce myślowe, jakim podlegamy od dzieciństwa programują nas na postrzeganie głównego narzędzia, przy pomocy którego jesteśmy w stanie odbierać wrażenia oraz uczestniczyć w rzeczywistości, jako czegoś obcego, gorszego, grzesznego. A przecież – bez niego bylibyśmy co najwyżej bezwładnym kawałkiem materii, bez odczuć i wrażeń.

sobota, 1 czerwca 2013

Ciało jako narzędzie pracy nad sobą, cz.1

                Nasze życie jest życiem we śnie. Śpimy, ciągle pogrążeni w strumieniu skojarzeń, projekcji, utożsamień. Nie dostrzegamy realnego świata, bo w nim nie przebywamy – choć przebywa w nim fizycznie nasze ciało. W sytuacji tej jednak zawarte jest jej rozwiązanie: wychodząc od ciała można powrócić do rzeczywistości.
                Szczególnie nasza współczesna kultura oddziela nas od tego, co w nas naturalnie wrodzone: od instynktu i od świadomości ciała. Ma to wiele różnorakich przyczyn, których na razie nie będę analizował. Na ten moment zajmijmy się czym innym. Nie – jak do tego doszło, ale raczej – jak z tego wyjść.
                Bycie uważnym zaczyna się właśnie od odnowienia relacji z ciałem. Odczucie ciała – nie wyobrażanie sobie tego, ale właśnie konkretne doświadczenie naszego ciała, wejście z nim w kontakt tu i teraz – jest w stanie ustanowić pewne wewnętrzne połączenie, tak aby pojawiła się nowa wyjątkowa jakość: świadomość. Na początku jako świadomość konkretnych odczuć. Na przykład: odczucie ciężaru ciała.
                To jest początek. Ustanowienie kontaktu. Wchodzę w kontakt z samym sobą, ze swoim ciałem, które przecież nie jest czymś ode mnie odrębnym. Urodziłem się w nim, poruszam się za jego pomocą, doświadczam wszelkich wrażeń zmysłowych poprzez nie, wreszcie myślę i czuję, dzięki jego różnorakim funkcjom.
                Najprostszym (co nie znaczy, że dla każdego łatwym w wykonaniu) ćwiczeniem jest odczuwanie poszczególnych części ciała. Najlepiej położyć się plecami na podłodze i wyobrazić sobie rodzaj mentalnego skanera, którym badamy kawałek po kawałku nasze ciało. Zaczynamy dajmy na to od głowy. Próbujemy ją poczuć – jaki jest jej ciężar, kształt? W których miejscach dotyka podłogi? Jaki nacisk w każdym z tych miejsc odczuwamy? Skaner wolno sunie w dół. Szyja. Które jej mięśnie są napięte? Które mocniej, które słabiej? Czy możemy poczuć te, które są rozluźnione? Czym różni się odczucie jednych od drugich? I tak dalej, w dół ciała. Powoli, ważne aby naprawdę poczuć badane rejony, aby mieć ich fizyczne, jak najbardziej precyzyjne i wyraziste doznanie.
                Brzmi prosto, ale ten, kto jeszcze nigdy nie próbował, zdziwi się jak trudne jest to zadanie do wykonania. Jak słaby mamy kontakt z własnym ciałem. Jak ciężko je poczuć, jak mało rozpoznane jest ono w naszym odczuwaniu. Jak słabe i ulotne są na początku wszelkie jego doznania. Ile wysiłku i koncentracji trzeba, aby osiągnąć odczucie choćby jednej grupy mięśni.
                Tylko poprzez zbudowanie kontaktu z ciałem można stać się uważnym. Nawet najbardziej skrajnie dualistyczne nurty w różnych tradycjach duchowych swe ćwiczenia medytacyjne zawsze opierały na pracy z ciałem (utrzymywanie konkretnych pozycji kręgosłupa, praca z oddechem, ćwiczenia ascetyczne jak powstrzymywanie się od pokarmów etc.).

                

sobota, 25 maja 2013

Odpowiadanie

                Nasze zachowania prawie zawsze są wynikiem mechanicznych reakcji na różne czynniki. Dotyczy to tak samo odruchowego łapania spadającego ze stołu jabłka, jak i sposobu, w jaki prowadzimy z kimś rozmowę. Automatyzm reakcji sprawia, że mogą być one bardzo szybkie – gdyby to nasz umysł decydował o tym, kiedy złapać jabłko, leżałoby ono już na podłodze w momencie, w którym dotarłoby do nas, że stacza się właśnie ze stołu. Ciało musi reagować szybko – w świecie przyrody od tej szybkości zależy przetrwanie danego osobnika. Przy czym ciało z reguły doskonale wie, jak reagować.
                Problem zaczyna się w momencie, kiedy automatyczny staje się umysł. Zaczyna działać ściśle według szablonów, które zostały mu wpojone, zaniechując używania swych wyższych funkcji związanych z myśleniem (mówiąc o myśleniu zdecydowanie odróżniam je od mechanicznych łańcuchów skojarzeń, które notorycznie z nim mylimy).  Mam tu na myśli niższy umysł. Ten, którego funkcją jest segregowanie i przechowywanie informacji. Dla ułatwienia dalszego wywodu nazwijmy go intelektem w odróżnieniu od prawdziwego wyższego umysłu.
                Intelekt jest przekonany o swojej wyższości nad innymi funkcjami. Próbuje przejąć nie tylko kompetencje umysłu – szybko wypracowując w sobie przekonanie, że erudycja jest wiedzą, a ciągi skojarzeń – myśleniem – lecz niestety będzie się starał kontrolować również działania ciała. Tutaj leży źródło powstawania wszelkich niepotrzebnych i szkodliwych napięć mięśniowych, tutaj rodzi się większość blokad w różnych miejscach ciała (ci, którzy pracują z głosem będą doskonale wiedzieli, o czym mówię).
                Największe nieszczęście polega na tym, że intelekt potrafi tylko reagować. Nie jest zdolny do odpowiadania, tak samo jak nie potrafi myśleć. Dlatego pod jego „rządami” nasze relacje z innymi skazane są na pozostawanie pasmem mechanicznych bodźców i reakcji.
                Ktoś bliski wchodzi do mojego pokoju i zaczyna na mnie krzyczeć. Czuję się zaatakowany i błyskawicznie odpowiadam tym samym – agresywnym tonem głosu, oskarżeniami, pretensjami, krzykiem. Wybucha awantura. W końcu oboje przestajemy się do siebie odzywać. Przez najbliższych kilka godzin czuję jeszcze drżenie w klatce piersiowej. Po pewnym czasie udaje mi się wreszcie ochłonąć. Zaczynam analizować na zimno przebieg całego zdarzenia. Z czego wynikało zdenerwowanie tamtej osoby? Przypominam sobie różne fakty z ostatnich kilku dni i uświadamiam sobie, że jakieś wydarzenie wytrąciło ją z równowagi, czego jednym z efektów było prawdopodobnie dzisiejsze zachowanie. Uświadamiam sobie, że ona zazwyczaj tak właśnie reaguje na sytuacje, z którymi nie jest w stanie sama sobie poradzić. Dociera też do mnie, że takich kłótni mieliśmy już tysiące i że zawsze przebiegają według dokładnie tego samego schematu: słyszę coś, co powoduje, iż czuję się oburzony i reaguję krzykiem oraz próbą wzbudzania poczucia winy w drugiej osobie. W niej tylko podsyca to złość i pretensję, utwierdza w słuszności wyboru mnie jako „winowajcy”. U mnie zaś tocząca się kłótnia powoduje wzrastanie poczucia bycia „ofiarą” oraz potrzebę wyrażenia swojego „słusznego” gniewu na takie traktowanie, potrzebę, która – kiedy przyjrzeć się jej dokładniej – okazuje się tak naprawdę potrzebą zniszczenia przeciwnika, który podważa moją „prawość”.
                Tak to wygląda. Jest oczywiste, że nie mamy tu do czynienia z rozmową – nikt nie jest zdolny do dialogu. Dialog bowiem zaczyna się od słuchania, tutaj zaś jedna reakcja rodzi następną. Nikt nie pyta, nie ma więc komu słuchać. A jeśli nie ma komu słuchać, to nie będzie także komu odpowiadać.
                A oto jak mogłaby wyglądać ta sama sytuacja:
                Zanim odpowiem cokolwiek, zatrzymuję się. Ze wszystkich sił staram się nie mówić tego, co rodzi się we mnie jako natychmiastowa reakcja. Wkładam cały wysiłek w to, aby nie zareagować, przywołuję doznanie odczuwania ciała. Staram się znaleźć tu i teraz. Staram się zrozumieć, co się dzieje. Czemu ktoś na mnie krzyczy? Z czego bierze się w nim taki a nie inny sposób reagowania? Co kryje się pod słowami, które wypowiada? Co naprawdę stara mi się powiedzieć? Coś we mnie aż gotuje się i kipi z chęci wzięcia natychmiastowego odwetu, ale nie dopuszczam tego do głosu. Zamiast tego staram się obserwować w sobie tę potrzebę: skąd ona się bierze? Kto chce zareagować? Przyglądam się osobie naprzeciwko. Zastanawiam się, w jaki sposób powinienem jej odpowiedzieć. I na co? Być może jest część racji w tym, co ona mówi? A może jest to wynik reakcji na coś, co ja zrobiłem, co było krzywdzące i niesprawiedliwe? Może teraz dopiero jestem w stanie to zrozumieć?
                Staram się odpowiadać spokojnie. Staram się, aby w tej odpowiedzi nie było ani cienia złośliwości czy cynizmu. Aby była odpowiedzią, a nie oddawaniem ciosu.
Prawdziwa odpowiedź będzie pytaniem. Słuchanie bowiem zawsze wynika z chęci usłyszenia. Nie ulegam pokusie złudzenia, że przecież wiem, co ona myśli. Nie wiem. Jeśli wydaje mi się, że wiem, to tylko znaczy, że pozostaję we władzy projekcji. Prawdziwe słuchanie zaczyna się zawsze w tym właśnie momencie, w którym pozwalam sobie nie wiedzieć.
                Wydaje się proste i logiczne, prawda? Jednak ktoś, kto próbował kiedyś nie zareagować w takiej sytuacji, wie że to przedsięwzięcie niemal niewykonalne. Po fakcie, owszem, przy odrobinie wewnętrznej uczciwości jesteśmy w stanie dostrzec bezsens naszych reakcji i to, jak należało poprowadzić daną sytuację, aby uniknąć krzywdzących słów i zachowań. Ale w momencie, gdy to się działo, byliśmy całkowicie utożsamieni z naszym gniewem, z poczuciem „słusznej” obrony. To utożsamienie wydało nas na pastwę reakcji. I koniec końców – nie było nas w tej sytuacji. Bo przecież to nie my odpowiadaliśmy – to reagowały nasze mechanizmy obronne.

                Jeżeli jednak jakimś cudem się powiedzie – co wtedy? Oczywiście nie można generalizować, lecz jedno jest pewne: kiedy zachowamy się w sposób inny niż zawsze mechanizmy reakcji drugiej osoby na moment staną się bezsilne. Nastąpi coś w rodzaju złamania procedury. Działająca maszyneria na moment się zawiesi. I ten właśnie moment będzie szansą na prawdziwą odpowiedź.

poniedziałek, 6 maja 2013

Intelekt a umysł


                Mamy w sobie dwie bardzo różne  funkcje, które notorycznie mylimy ze sobą, żyjąc w przekonaniu, że są tym samym. Na swój własny użytek staram się je rozdzielać w moim myśleniu nazywając jedną z nich intelektem, drugą zaś umysłem.
Pierwsza z nich służy do gromadzenia, katalogowania i udostępniania wszelkich informacji, z jakimi się stykamy. Definicje, tytuły książek, filmów, czy piosenek, imiona, nazwiska, wyczytane wiadomości, teorie, plotki, anegdoty, historyjki, twierdzenia naukowe – można by wymieniać w nieskończoność. Na zasadzie mniej lub bardziej przypadkowych skojarzeń różne informacje łączą się ze sobą, czasem tworząc różne hybrydy będące potem świetnym budulcem dla naszych przekonań i uprzedzeń co do faktów, ludzi, czy siebie samych.
Druga z tych funkcji służy do myślenia. Czym zaś jest myślenie? To dopiero jest pytanie! Oczywiście łatwo pokusić się o taką czy inną intelektualną odpowiedź, ale jaki z niej będzie pożytek? Łatwiej powiedzieć czym myślenie nie jest. Jeśli je porównać z funkcjami intelektu nie jest na pewno erudycją. Nazywanie rzeczy, przyklejanie etykietek, przypominanie sobie wymyślonych już przez innych etykietek – tego w żaden sposób nie można nazwać myśleniem.
Intelekt rości sobie prawo do myślenia, choć nie jest do niego zdolny. Wystarczy obejrzeć jakikolwiek program, w którym dyskutują politycy, celebryci czy inni jeszcze wszechwiedzący eksperci od wszystkiego. Każda ze zgromadzonych tam osób bez zająknienia będzie wypowiadać kategoryczne sądy na tematy powiązane z dziedzinami, z których nie ma żadnej ale to dosłownie żadnej wiedzy.
Szczególnie współcześnie nie jesteśmy w stanie odróżnić erudycji od wiedzy. A różnica między nimi nie jest jedynie różnicą stopnia. Tak naprawdę jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
Nie chodzi o to, aby deprecjonować jedno kosztem drugiego. Chodzi tylko o to, aby używać obu tych funkcji właściwie – zgodnie z ich przeznaczeniem.
Aby bardziej wyraziście pokazać różnicę między prawdziwą wiedzą a erudycją, która za nią uchodzi, posłużę się starą historią o abba Pambo. Był to mnich z czasów tak zwanych ojców pustyni, czyli ludzi, którzy po tym jak chrześcijaństwo stało się religią państwową za Konstantyna zaczęli uciekać na pustynię, szukać tam bardziej pogłębionej duchowości i tworząc podwaliny późniejszego monastycyzmu chrześcijańskiego. Byli to częstokroć ludzie prości, jak właśnie nasz Pambo, który nie umiał czytać. Przyszedł on pewnego dnia do bardziej uczonego mnicha, chcąc nauczyć się na pamięć psalmu. Wybór padł na Psalm 39 (38), jednak, kiedy abba Pambo usłyszał pierwszy wers: „Będę pilnował dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem” nie chciał już słyszeć dalszego ciągu i odszedł, mówiąc, że wystarczy mu i tego jednego wersu, jeżeli zdoła się go nauczyć w praktycznym życiu. Gdy zaś ów uczony mnich wezwał Pambo ponownie, pytając, dlaczego nie pokazał się przez całe sześć miesięcy, zapytany odrzekł, że wiersza tego psalmu nie wyuczył się jeszcze w uczynkach. Po wielu latach, gdy znajomy zapytał Pambo, czy umie już ów wers, usłyszał następującą odpowiedź: „Przez całe dziewiętnaście lat z trudem nauczyłem się go wcielać w życie.”
Oczywiście z punktu widzenia intelektu ta historia może wydać się absurdalna. Szczególnie w czasach, gdy jesteśmy przyzwyczajeni do przetwarzania całej masy informacji. Cóż to dla nas przeczytać całą Księgę Psalmów w ciągu jednego dnia, ba, nawet paru godzin? Tylko co nam da taka lektura? Czytanie bez rozumienia, bez prawdziwego rozumienia, samo w sobie jest mało inteligentne.
Prawdziwa wiedza jest czymś praktycznym. To oznacza, że nie jest możliwa bez wewnętrznego wysiłku. Dlatego współcześnie, kiedy przyzwyczailiśmy się szybko osiągać łatwy efekt, powierzchowna erudycja jest czymś znacznie bardziej atrakcyjnym. I tkwimy w tej pułapce naprawdę głęboko.

piątek, 26 kwietnia 2013

Proces


                Nasze życie to nic innego jak cała masa najróżniejszych procesów pozostających w ciągłym ruchu. Każdy z nich rozwija się w sobie tylko właściwy sposób, wchodząc jednocześnie w kontakt z innymi – zmieniając ich kierunek poprzez swój przypadkowy wpływ, jak i samemu ulegając ich oddziaływaniu. Nie jesteśmy świadomi żadnego z nich, najczęściej nie potrafimy ich w sobie dostrzec, a co dopiero obserwować. Przyzwyczailiśmy się postrzegać rzeczywistość jako coś statycznego, co nie ulega łatwo zmianie. Tymczasem rzeczywistość, w której żyjemy, sama w sobie jest zmianą.
                Niekiedy z perspektywy czasu dostrzegamy jakiś decydujący moment w naszym życiu i uświadamiamy sobie, że gdybyśmy wtedy postąpili inaczej, nasze życie w niczym nie przypominałoby teraz tego, czym jest. Coś się wtedy decydowało, otwierały się różne możliwości i to, którą z nich wybraliśmy zaważyło na tym, jak wszystko potoczyło się dalej. Lecz wtedy nie mieliśmy tej świadomości. Nie widzieliśmy tego tak jasno. Wtedy po prostu mechanicznie zareagowaliśmy w typowy dla nas sposób. To nie my wybieraliśmy. To nasz nawyk zadecydował za nas. Gdybyśmy w tamtym momencie mieli tę świadomość co teraz, że właśnie decyduje się coś rozstrzygającego dla naszego życia, być może zdobylibyśmy się na wysiłek powstrzymania odruchowej reakcji. Być może wtedy bylibyśmy w stanie zobaczyć, jakie zadanie stawia przed nami dziejąca się właśnie sytuacja i wyszlibyśmy mu naprzeciw – świadomie i odpowiedzialnie.
                Każdy proces ma takie momenty, w których zatrzymuje się jakby na chwilę. Napędzająca go do tej pory siła wyczerpała się z jakiegoś powodu. Potrzebuje teraz nowego impulsu. A to oznacza otwarcie różnych możliwości. Różnych kierunków. Jakbyśmy stanęli przed kilkoma ścieżkami, z których każda prowadzi w zupełnie inne miejsca. Od tego, którą z nich pójdziemy, zależy dokąd będziemy w stanie dojść.
                Aby móc dostrzec ten moment, kiedy wydarza się w procesie mojego życia, muszę być przytomny, nie mogę spać. Muszę być w stanie widzieć. Ale całe moje życie upływa głównie na wyobrażaniu sobie czegoś, na bycie myślami w przeszłości lub przyszłości. Jak mogę być w stanie dostrzec to co jest teraz?
                Dlatego dostrzegę ten moment, owszem, ale znacznie później, za parę lub paręnaście lat. Wspominając przeszłość dostrzegę nagle, że wtedy, właśnie wtedy przegapiłem szansę na coś. Zacznę się wtedy oczywiście zastanawiać, co by było gdyby, snuć rozmaite wizje, jak teraz wyglądałoby moje życie gdybym to i tamto wtedy, tamtego dnia… A tymczasem kolejny proces, kolejny moment subtelnych zmian będzie zachodził mechanicznie, nijak przeze mnie nie zauważony…

środa, 6 marca 2013

Wewnętrzne sprzeczności


                Pisze Paweł: „Nie umiem […] pojąć tego, co czynię. Nie czynię tego, co chcę, lecz to czynię, czego nienawidzę. […] Chęć bowiem dobrego czynu szybko zjawia się we mnie, wykonanie jednak – nie. Bo nie czynię dobra, którego chcę, lecz popełniam zło, którego nie chcę.” (Rz. 7, 15-19) To chyba jedno z najbardziej trafnych ujęć wewnętrznej sprzeczności, jaką wszyscy w sobie nosimy. O czym tu mowa?
                Ktoś, kto nie starał się nigdy obserwować siebie bez uprzedzeń, nie będzie wiedział. Wypracowaliśmy masę mechanizmów obronnych, dzięki którym możemy w spokoju ducha żywić przekonania co do własnej doskonałości, ślepi na targające nami sprzeczności.
                Wyobraźmy sobie sytuację zdrady. Jeszcze do niej nie doszło. Na razie pojawia się sama jej intencja. Mglista jeszcze i nieokreślona. Pod wpływem splotu różnych przypadkowych wydarzeń przybiera bardziej konkretne wymiary. Dajemy się temu ponieść, nie zastanawiamy się zbytnio nad tym. I teraz wyobraźmy sobie, że rzecz się wydała. Zdekonspirowało nas jakieś kłamstwo czy niekonsekwencja. W momencie, w którym wychodzi to na jaw, zawala się nasz i czyjś świat. Czujemy ból i wstyd z powodu tego, co zrobiliśmy (czy choćby chcieliśmy zrobić) sobie i tej drugiej osobie. Ale czujemy też coś jeszcze – ulgę. Że koniec, że już nie musimy dalej brnąć w tę sytuację, która im dalej by się rozwijała, tym więcej wyrzutów sumienia musiałaby nas kosztować. Czyli był w tym jakiś przymus? Najwyraźniej. Ale przecież nikt nas nie zmuszał. Czy aby na pewno?
                Kto chciał zdradzić? Kto czuje wyrzuty sumienia? I czemu te dwie osoby są ze sobą w tak dramatycznym konflikcie?
                Jesteśmy polem nieustannej batalii różnych sił. W różnych momentach różne z nich odnoszą w nas zwycięstwa. Wiele zależy od przypadku, od całej masy skomplikowanych systemów powiązań i zależności. Można by się zastanawiać, czy w ogóle cokolwiek od nas zależy. Bo w istocie – przy tak wielkiej bezsilności, jakaż może być odpowiedzialność?
Zatem - co od nas zależy? Możemy próbować wybierać wpływy, które chcielibyśmy w sobie wzmacniać. Oczywiście, dopóki stać nas na ten bezsprzeczny luksus niczym nie podpartego przekonania o posiadaniu wolnej woli, fakt, że jedyne co możemy, to ewentualnie wybierać wpływy, którym mamy podlegać bardziej niż innym, wydaje się po prostu żałosny. Jednak jest to jedyna prawdziwa wolność, do jakiej możemy mieć dostęp. Co więcej, etap, na którym owo samodzielne wybieranie wpływów staje się możliwe, wymaga długiej i morderczej pracy.
Wracając do przywołanej wyżej sytuacji – jak trudna, bolesna i okrutna by ona nie była, ma jedną zaletę – ujawnia w nas ów wewnętrzny konflikt w sposób niemożliwy do zignorowania. Dzięki temu możemy go zobaczyć. Przyjrzeć mu się i spróbować zrozumieć – w całej jego absurdalności. Zrozumieć nie tylko umysłem, ale całym sobą. Przestać udawać, że go nie ma. Zacząć obserwować.
To nie jest przyjemne. To boli. Pokusa zrzucenia winy na kogokolwiek innego – tak jak zawsze w takich sytuacjach to robimy – jest ogromna.
Pierwszy krok do wyzwolenia się od niego polega właśnie na tym – aby nie odwracać od niego wzroku.
Tylko, czy potrafimy w tym wytrwać?
                

niedziela, 20 stycznia 2013

Wiedza a doświadczenie


                Z nadejściem Nowego Roku postanowiłem zmodyfikować nieco założenia niniejszego bloga. Kiedy zacząłem go prowadzić, obiecałem sobie, że nie będę pisał o niczym, czego sam bym w swojej pracy nad sobą nie doświadczył. Chodziło mi o uniknięcie jakże łatwej pokusy intelektualizmu i erudycji, kiedy to naczytawszy się tego i owego zaczynamy sypać jak z rękawa różnymi mniej lub bardziej zgrabnymi teoryjkami, mądrościami i poglądami. Powstają z tego potem artykuły, eseje czy książki, które wszystkie mają tę samą, trudno z początku uchwytną, cechę: są jałowe. Owszem, ciekawe intelektualnie, często fascynujące, jednak, kiedy po przeczytaniu, człowiek zapyta się uczciwie – co mi to dało, co z tego we mnie zostało i jaki praktyczny użytek mogę zrobić z wiedzy tam znalezionej – odpowiedź brzmi: nic. Najczęściej nie umiemy się zdobyć aż na taką uczciwość wobec siebie samych, w związku z czym mówimy: to interesujące. Ach, jakaż interesująca ta książka! Ach, jak nic z jej lektury nie wynika dla mojego życia (poza dodatkowym napompowaniem mojego i tak już napompowanego erudycyjnego Ego).
                Wiem sam po sobie, jakie łatwe jest pisanie takich tekstów i jakich przyjemnostek może dostarczać piszącemu. Wiem też, iż popadnięcie w erudycyjną masturbację zamyka coś w człowieku, odcina go od tej resztki doświadczenia, jaka mu jeszcze została w jego pełnym pozorów życiu. Dlatego staram się od wielu lat unikać wszelkich sytuacji, które groziłyby ześlizgnięciem się w te koleiny.
                Stąd właśnie wzięło się takie a nie inne założenie, poczynione na samym początku, kiedy zakładałem ten blog. Dlaczego więc teraz chciałbym je zmodyfikować? Może najpierw powiem jak chciałbym je zmienić. Otóż chcę sobie dać prawo do pisania o rzeczach, które nie zawsze odwołują się do tego, co znałbym z własnego doświadczenia. O rzeczach, co do których wiem, że istnieją, ale sam jeszcze nigdy ich nie doświadczyłem. Także o rzeczach, które wydarzyły się innym ludziom, usiłującym odnaleźć wiedzę i praktykę, które umożliwiłyby im stanie się człowiekiem w pełni tego słowa. O ludziach, którzy często żyli wiele setek lat temu. A których ja mogę znać tylko z lektury tekstów, jakie po sobie pozostawili lub ktoś o nich napisał. Często zdarza się tak, że dopiero coś, co wydarzyło się kiedyś komuś innemu pozwala mi zrozumieć to, co się dzieje ze mną teraz.
                Powyższe zdanie stanowi pierwszą część odpowiedzi na pytanie: „dlaczego?”
                Druga część odpowiedzi jest taka, że w moim skromnym tu pisaniu zacząłem dochodzić do pewnej ściany. Są doświadczenia, o których bardzo trudno jest pisać. Po pierwsze, bo wymykają się językowi, który nie potrafiąc ich oddać, zaczyna w nieznośny sposób zafałszowywać. Po drugie, ponieważ mówienie o nich ma sens tylko komuś, kto sam doświadczył podobnych rzeczy. Wtedy czemuś to służy. Inaczej staje się co najwyżej zaspokajaniem własnej próżności piszącego i czczej ciekawości czytelnika.
                Oczywiście, zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa rozminięcia się wiedzy z doświadczeniem. Dopóki obie rzeczy rozwijają się w człowieku równomiernie, dopóty istnieje w nim możliwość rozumienia. Jednak, gdy jedna z nich zaczyna zbytnio się rozwijać kosztem drugiej – prawdziwe rozumienie staje się niemożliwe i zastępuje je erudycja. Widziałem wiele razy na żywych przykładach działanie tego mechanizmu i staram się stale mieć przed nim na baczności. Mam nadzieję, że uda mi się skutecznie dalej mu opierać, choć pokusa doprawdy jest bardzo silna.
                No cóż, tyle przedmiotem usprawiedliwienia. Niebawem pierwszy tekst „na nowych zasadach”.