niedziela, 20 stycznia 2013

Wiedza a doświadczenie


                Z nadejściem Nowego Roku postanowiłem zmodyfikować nieco założenia niniejszego bloga. Kiedy zacząłem go prowadzić, obiecałem sobie, że nie będę pisał o niczym, czego sam bym w swojej pracy nad sobą nie doświadczył. Chodziło mi o uniknięcie jakże łatwej pokusy intelektualizmu i erudycji, kiedy to naczytawszy się tego i owego zaczynamy sypać jak z rękawa różnymi mniej lub bardziej zgrabnymi teoryjkami, mądrościami i poglądami. Powstają z tego potem artykuły, eseje czy książki, które wszystkie mają tę samą, trudno z początku uchwytną, cechę: są jałowe. Owszem, ciekawe intelektualnie, często fascynujące, jednak, kiedy po przeczytaniu, człowiek zapyta się uczciwie – co mi to dało, co z tego we mnie zostało i jaki praktyczny użytek mogę zrobić z wiedzy tam znalezionej – odpowiedź brzmi: nic. Najczęściej nie umiemy się zdobyć aż na taką uczciwość wobec siebie samych, w związku z czym mówimy: to interesujące. Ach, jakaż interesująca ta książka! Ach, jak nic z jej lektury nie wynika dla mojego życia (poza dodatkowym napompowaniem mojego i tak już napompowanego erudycyjnego Ego).
                Wiem sam po sobie, jakie łatwe jest pisanie takich tekstów i jakich przyjemnostek może dostarczać piszącemu. Wiem też, iż popadnięcie w erudycyjną masturbację zamyka coś w człowieku, odcina go od tej resztki doświadczenia, jaka mu jeszcze została w jego pełnym pozorów życiu. Dlatego staram się od wielu lat unikać wszelkich sytuacji, które groziłyby ześlizgnięciem się w te koleiny.
                Stąd właśnie wzięło się takie a nie inne założenie, poczynione na samym początku, kiedy zakładałem ten blog. Dlaczego więc teraz chciałbym je zmodyfikować? Może najpierw powiem jak chciałbym je zmienić. Otóż chcę sobie dać prawo do pisania o rzeczach, które nie zawsze odwołują się do tego, co znałbym z własnego doświadczenia. O rzeczach, co do których wiem, że istnieją, ale sam jeszcze nigdy ich nie doświadczyłem. Także o rzeczach, które wydarzyły się innym ludziom, usiłującym odnaleźć wiedzę i praktykę, które umożliwiłyby im stanie się człowiekiem w pełni tego słowa. O ludziach, którzy często żyli wiele setek lat temu. A których ja mogę znać tylko z lektury tekstów, jakie po sobie pozostawili lub ktoś o nich napisał. Często zdarza się tak, że dopiero coś, co wydarzyło się kiedyś komuś innemu pozwala mi zrozumieć to, co się dzieje ze mną teraz.
                Powyższe zdanie stanowi pierwszą część odpowiedzi na pytanie: „dlaczego?”
                Druga część odpowiedzi jest taka, że w moim skromnym tu pisaniu zacząłem dochodzić do pewnej ściany. Są doświadczenia, o których bardzo trudno jest pisać. Po pierwsze, bo wymykają się językowi, który nie potrafiąc ich oddać, zaczyna w nieznośny sposób zafałszowywać. Po drugie, ponieważ mówienie o nich ma sens tylko komuś, kto sam doświadczył podobnych rzeczy. Wtedy czemuś to służy. Inaczej staje się co najwyżej zaspokajaniem własnej próżności piszącego i czczej ciekawości czytelnika.
                Oczywiście, zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa rozminięcia się wiedzy z doświadczeniem. Dopóki obie rzeczy rozwijają się w człowieku równomiernie, dopóty istnieje w nim możliwość rozumienia. Jednak, gdy jedna z nich zaczyna zbytnio się rozwijać kosztem drugiej – prawdziwe rozumienie staje się niemożliwe i zastępuje je erudycja. Widziałem wiele razy na żywych przykładach działanie tego mechanizmu i staram się stale mieć przed nim na baczności. Mam nadzieję, że uda mi się skutecznie dalej mu opierać, choć pokusa doprawdy jest bardzo silna.
                No cóż, tyle przedmiotem usprawiedliwienia. Niebawem pierwszy tekst „na nowych zasadach”.

środa, 26 grudnia 2012

Słuchanie


            Zdecydowana większość kłótni i animozji, jakich doświadczamy w swoim życiu bierze się z braku umiejętności słuchania. Ta zaś z kolei jest wynikiem tkwiącego w nas błędnego przekonania, że znamy drugą osobę, że wiemy, co ona chce nam powiedzieć, a co więcej - wiemy lepiej niż ona jak sprawy stoją.
            Oczywiście, jesteśmy przekonani, że umiemy słuchać. Zazwyczaj potrafimy cierpliwie doczekać, aż druga osoba dokończy swoją myśl i dopiero wtedy zaczynamy z nią dyskutować. Doprawdy, jakież to szlachetne z naszej strony, że nie przerywamy, choć tak bardzo mamy na to ochotę. Tyle, że ze słuchaniem ma to wszystko niewiele wspólnego.
            Prawdziwe słuchanie nigdy nie jest czymś pasywnym. Przeciwnie, pierwszym impulsem, z którego się ono rodzi, jest pragnienie poznania tego, co dzieje się wewnątrz drugiego człowieka. Pierwszym krokiem po temu będzie uświadomienie sobie, że nie wiemy tego i nie możemy wiedzieć. To, co wydaje nam się, że wiemy na temat drugiego, nie jestem niczym więcej niż naszym własnym sądem, który projektujemy na inną osobę, nakładając na nią złudny obraz utworzony z naszych uprzedzeń, kompleksów i lęków.
            Słuchanie nie jest łatwe. Wymaga wielkiego wysiłku. Wysiłku nie oceniania. Wysiłku nie ulegania nawykom własnego myślenia. A jak można im nie ulegać, kiedy nawet się ich nie zna? Dlatego prawdziwe słuchanie zaczyna się od samoobserwacji i poznania siebie. I tutaj czeka nas kolejna trudność - słuchanie siebie jest taka sam trudne, jak słuchanie drugiej osoby, bowiem w tym samym stopniu, w jakim nie znamy innych, postrzegając ich wyłącznie przez pryzmat własnych projekcji, nie znamy siebie.
            Słuchanie nie jest więc biernym czekaniem aż druga osoba skończy zdanie, nie jest nawet li tylko podążaniem za logiką jej wypowiedzi. Jest wyjściem naprzeciw.
            Usłyszeć naprawdę znaczy naprawdę zrozumieć.
            Uczeń Plotyna, Porfiriusz, w poświęconej swemu mistrzowi rozprawie, opisuje swoje pierwsze z nim zetknięcie. Kiedy po raz pierwszy przybył na wykład filozofa, usiadł wśród innych słuchaczy i doczekał do końca, kiedy to można było zadawać mistrzowi pytania. Doszedłszy do głosu, czym prędzej począł zbijać kilka niesłusznych jego zdaniem tez z dopiero co wygłoszonej nauki. Zgromadzeni z podziwem wysłuchiwali pełnych kunsztownych sylogizmów i figur retorycznych wywodów młodzieńca. Drugiego dnia sytuacja powtórzyła się niemal identycznie - po wykładzie, gdy nadszedł czas zadawania pytań, nasz rezolutny Porfiriusz wykorzystał go do swych błyskotliwych polemicznych wywodów. Trzeciego dnia, w trakcie słuchania wykładu mistrza, nagle uświadomił sobie, że w najmniejszym stopniu nie rozumie tego nauczania. Został jednym z najwierniejszych uczniów Plotyna, poświęcając swoje życie na objaśnianie, systematyzowanie i bronienie nauki swego mistrza przed zarzutami innych filozofów.
            Słuchanie wymaga odpowiedniego nastawienia wewnętrznego. Świadomi własnej omylności, tego jak łatwo nasze nawykowe reakcje myślowe czy emocjonalne oddzielają nas nie tylko od innych, ale nawet od samych siebie - staramy się zrozumieć. Ze wszystkich sił, najlepiej jak potrafimy staramy się zrozumieć drugą osobę, odrzucając bezlitośnie to wszystko, co wydaje nam się, że rozumiemy.
            Słuchanie to bardzo ciężka praca.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Traktat o samotności

To bardzo stary tekst, opisujący pewne chyba dość powszechne doświadczenie. Przypomniałem sobie o nim niedawno. Przeczytałem i stwierdziłem, że nie mam zbyt wiele nowego do dodania w tej kwestii.


Traktat o samotności



I. Przestrzenie samotności

  1. Samotność to pustka. Pustka, którą jestem ja sam.
  2. Doświadczenie Innego pod postacią pustki zapośrednicza moje osamotnienie w przestrzeni między mną a Innym. Nazwijmy ją przestrzenią obcości.
  3. Przestrzeń obcości jest dystansem. Dystans pozwala dostrzec drugiego.
  4. Zjawia się niepokojące pytanie: „Czy drugi może być postrzegany tylko pod postacią pustki?” Innymi słowy – czy postrzegając Innego zawsze muszę widzieć tyko siebie samego, własną, wyobcowaną ze mnie pustkę?
  5. I dwa następne pytania, dwa końce tego samego sznura. Pierwsze: czy możliwe jest spotkanie z tamtym? Drugie: jak spotkać w sobie własną obecność – nie oddzieloną?
  6. Spotkanie może się spełnić tylko jako przenikanie. Wzajemne przenikanie poprzez przestrzeń obcości.
  7. Moja samotność unosi mnie gdzieś daleko od drugiego. Przestrzeń obcości zasklepia się nad mym ciałem, pogrążonym w potoku minut i godzin zmierzających donikąd.
  8. Czas formuje dystans w konkretne miary i odległości. Wydaje się, że dzięki temu zawęża nieskończoną nieokreśloność oczekiwania w konkretną i wymierną liczbę. Ale to tylko pozór. W rzeczywistości to zawężenie oznacza twardą nieprzekraczalność pustki teraźniejszego momentu. Jej dotkliwą namacalność.
  9. Coś pragnie się przez mnie wyartykułować. Mowie jednak brakuje nakierowania i język zastyga bezradny, wpychając niewypowiedziane słowa z powrotem do gardła.
  10. Słowa, które nie mogą wybrzmieć, zapadają gdzieś na dno zamierających w bezruchu myśli i tak stopniowo stają się coraz bardziej nieokreślone, aż w końcu rozmywają się zupełnie w przezroczystości milczenia.
  11. Kiedy Inny objawia mi się w swej nieobecności, przestrzeń obcości rozszerza się w nieskończoną próżnię.
  12. Jeśli jednak spełnia się spotkanie, to próżnia ta nasyca się wewnątrz nas obu w tym – stającym się – momencie. I nawet, gdy oddali się on w minione wspomnienie, nieobecność Innego będzie już czymś żywym.
  13. Promień nakierowania przeszywający przestrzeń obcości. Rozdziela się na dwóch jej krańcach: z jednej strony ja, z drugiej – Inny.
  14. Współobecność. Między Innym a mną. Im większy dystans, tym bardziej napięta. W końcu pustka między nami zaczyna wibrować.
  15. Ale nakierowanie tylko powiększa oddalenie. Teraz bowiem, gdy w mojej pustce objawia się Inny, jego nieobecność staje się czymś niezwykle konkretnym , a przez to dotkliwym. Można powiedzieć, że doznając Innego jako nieobecności zostaję wydany na łup pustki, która właśnie rozwarła się we mnie.
  16. Rozdarcie staje się coraz większe. Jego granice przebiegają wewnątrz mnie.
  17. Tak dokonuje się rozdzielenie, które sprawia, że sam sobie jestem obcy.
  18. Oddzielony, staję się dla siebie Innym. W samym sobie odkrywam przestrzeń obcości.
  19. To, co pozornie znajome, postrzegam teraz jako obce. Nie rozumiem i nawet nie staram się zrozumieć.
  20. Kiedy pragnę wyartykułować myśl, słowo, czy cokolwiek, oddziela się ono ode mnie natychmiast po zaistnieniu na zewnątrz. Zaczyna żyć własnym życiem, umyka coraz bardziej, zawłaszcza moje ciało i głos. To już nie ja coś artykułuję, lecz artykułowane przekształca mnie niepostrzeżenie.
  21. W miarę jak przestrzeń obcości pogłębia się, staram się ją obserwować.
  22. Widzenie jest zapośredniczeniem.
  23. Widząc, wychodzę naprzeciw temu, co zobaczyłem w sobie jako obce.
  24. Wewnętrzne pęknięcie wskazuje na coś, co jest spoza mnie.
  25. Widzenie tego, co obce, bycie uważnym na to, co niezrozumiałe, to podstawowe warunki spotkania.
  26. Pragnienie zrozumienia, przyswojenia poprzez opis za pomocą znajomych pojęć – to wszystko są tylko wybiegi otępiałego umysłu, prowadzące do tworzenia przezeń kolejnych pozorów, odbić tego, co się uwidacznia. Odbić, które są tylko fantomami.
  27. Spotkanie oznacza wyjście naprzeciw. Otwarcie się na coś, bez potrzeby chwytania tego i oswajania.
  28. Spotkanie z Innym w sobie jest przeniknięciem tego, co nie jest mną – choć noszę to w sobie.
  29. Samotność nie jest niczym innym jak skrajną formą tęsknoty za tym.
  30. Bez oddzielenia nie może być spotkania.
  31. Zarazem każde spotkanie – po tym jak się spełniło – pogłębia samotność, którą po sobie pozostawia.
  32. Strach przed tym powoduje, że samotność zmienia się często w ucieczkę przed Innym.
  33. Lęk przed spotkaniem, przed jego konsekwencjami, sprawia, że wycofuję się w głąb siebie samego. Zamykam się przed Innym, broniąc dostępu do siebie wszystkiemu, co nieznane, czego nie mogę uchwycić i uczynić swoim.
  34. W ten sposób zatraca się nakierowanie.
  35. Wycofując się we własny lęk i zamykając się w nim, zamieniam samotność w osamotnienie.
  36. Bez nakierowania, w pancerzu własnych iluzji, pogrążam się w bezładnej pustce bezpiecznego trwania. Dryfuję donikąd w nierzeczywistych przestrzeniach osamotnienia.


II. Gramatyka samotności (1)

      Mówimy o samotności jako o pewnym stanie. „On jest samotny” brzmi podobnie do: „on jest żonaty”. Na czym polega podobieństwo? Punktem odniesienia jest tu relacja z innymi, społeczny wymiar czyjegoś egzystowania. Różnica zaś tkwi w tym, że o ile to drugie wyczerpuje swoje sensy rozpatrywane tylko w owym społecznym wymiarze, o tyle to pierwsze swój najgłębszy i najprawdziwszy sens objawia dopiero  p o z a  nim.

      Porównaj następujące sposoby wyrażania się: „być z kimś” ( w znaczeniu: tworzyć z nim parę) i „być samemu”.
      Pytamy np.: „Jak długo jesteście ze sobą?” I ma się tu wrażenie jakby pytanie dotyczyło początków sytuacji, która trwa i jej trwanie wydaje się czymś naturalnym, co przynależy już do ustalonego porządku, w jakim się ona zawiera. Natomiast pytanie: „Jak długo jesteś sam?” zdaje się zawierać w sobie ukrytą sugestię nienormalności tego stanu. Daje się w nim też wyczuć pewne otwarcie dotyczące perspektywy przyszłości. Jakby ten, kto takie pytanie zadaje, mówił jednocześnie: „To już nie może potrwać długo.”
      Jakby samotność była zakłóceniem naturalnego sposobu funkcjonowania człowieka. Na co wskazuje tutaj określenie „naturalny”? Naturalny dla kogo? Dla człowieka? Dla społeczności? Dla obrazu ludzkiej rzeczywistości, jaki zawiera w sobie język?

      Porównaj użycie zwrotów: „być ze sobą” („oni są ze sobą”) i „być sam na sam ze sobą”. Pytamy (jak wyżej): „Jak długo oni są ze sobą?” i chcemy tu uzyskać dokładną informację na temat: ile już czasu trwa ich związek, który postrzegamy jako stan permanentny.
      Pytanie: „Jak długo jesteś sam na sam ze sobą?” brzmi dziwnie. Czego właściwie chciałbym się dowiedzieć zadając je w takiej właśnie formie?
      „Być ze sobą” zawiera element pewnej pasywności, bo używając tego zwrotu mamy na myśli pewne trwanie. „Być sam na sam ze sobą” zdaje się odnosić do czegoś aktywnego. Na pewno nie chodzi tu żaden stan, ale o coś, co powiązane jest z jakąś czynnością. Niekoniecznie jedną. Z różnymi czynnościami wewnętrznymi.

      Co mogłoby znaczyć: „nie być sam na sam ze sobą”? Czy kiedy jestem z kimś, to jestem też ze sobą?
      Mówimy np.: „Zostaw mnie, muszę pobyć sam”. Czego się tu domagamy?
      Nie chodzi o tę drugą osobę. Ona mi przeszkadza. W czym?

      Dopiero będąc sam na sam ze sobą mogę w pełni doświadczać  s i e b i e.

      Na czym polega różnica między „byciem samemu” a „byciem samotnym”? Kiedy jestem sam, to znaczy, że nie ma  o b o k  nikogo poza mną. Samotny zaś mogę czuć się także wśród ludzi. Samotność  m i m o  innych to niejako podwójne osamotnienie, gdyż drugi człowiek staje się tu lustrem odbijającym tylko moją pustkę. On sam rozpływa się w tej pustce, dla  m n i e  przestaje istnieć.
      „Być samotnym” oznacza być odciętym od innych i od siebie – jako Innego. Jest to doświadczenie niepełności samego siebie, bliskie doświadczeniu zgubienia. Dlatego mówię tu o osamotnieniu. Osamotnienie jest zawsze samotnością  w o b e c  kogoś.
      „Bycie samemu” w przeciwieństwie do osamotnienia, jest doświadczeniem wewnętrznym. Możliwe staje się tu spojrzenie skierowane do wewnątrz. Patrzę wtedy z zewnątrz, jakbym oddzielił się od siebie i stanął obok. Pojawia się rozdwojenie, czy – mówiąc trafniej – oddzielenie. Ale nie jest ono doświadczeniem własnej niepełności. Wręcz przeciwnie. W tym dziwnym, oddzielonym spojrzeniu coś się spełnia: patrzone spotyka patrzącego.


III. Twarze samotności

      Czasami samotność ma twarz konkretnej osoby. Ale to tylko pozór. Wkrótce rysy zaczynają się zacierać, a spomiędzy nich coraz jaskrawiej wyłania się coś, co przypomina pusty zarys głowy na prześwietlonym filmie.
      Gdy twarz samotności zaczyna być rozmazana i nierozpoznawalna, znaczy to, że zostaliśmy wydani na łup naszej własnej nieokreśloności. Uczucie pustki staje się coraz bardziej nieodparte i dołącza do niego nieprzyjemne wrażenie lekkości, dryfowania w próżni.
      Pozbawieni jakiegokolwiek punktu oparcia, oddzielamy się od siebie, ulatując w zimne i obce przestrzenie.
      W pewnym sensie przestajemy istnieć.
      Czepiamy się rozpaczliwie wszelkich środków zaradczych, lecz one zawodzą. Muszą zawieść, bowiem zostaliśmy już wydani na pastwę nieistnienia.
      Zapadamy się do wnętrza tej wsysającej nas czarnej dziury.
      Próbujemy w innych szukać potwierdzenia naszego istnienia, ale jest już za późno. Inni mogą nas co najwyżej odbić w sobie, odbić niewyraźnie, tak słabo, że nawet tego nie dostrzeżemy.
      Zostaliśmy oddzieleni.
      Od innych.
Od siebie.

Zaczyna się wewnętrzna szamotanina. Odczucie niepewności w sobie i walka o to, by spróbować być całkowitym, choć na moment. Lecz całkowitość wydaje się już bezpowrotnie utracona. Samotność bowiem oznacza fragmentację.
Czy może jednak także zaprowadzić ku pełni?

Bez samotności pełnia wydaje się niemożliwa.
Więc jak to jest?

Oddzielenie pozwala dostrzec konieczność połączenia. Dopiero odczuwszy swoją niepełność mogę zacząć przeczuwać, czym jest spełnienie.
A czym jest?
Wyjściem poza siebie.

To samotność przywraca mnie sobie samemu. Oddzielony potrafię zobaczyć siebie z zewnątrz i w tym widzeniu przekroczyć granicę między mną a tym, co zewnętrzne, bez niebezpieczeństwa, że tamto pochwyci mnie i moje patrzenie. Gdyby tak się stało, byłby to tylko inny rodzaj oddzielenia – nie w sobie, a na zewnątrz.

Widząc siebie, tak jakbym oglądał kogoś obok, jestem w stanie zobaczyć w sobie coś spoza, co się we mnie ujawnia. Jeśli to ma twarz, będzie to twarz Innego.


IV. Obrastanie

Oddzielony, w zamknięciu swego ciała, zaczynasz obrastać czymś, co nie jest tobą. Nawarstwiająca się skorupa nie tylko odgradza cię od rzeczy na zewnątrz. Ona sama staje się twoją zewnętrznością. Dokonuje się zmiana perspektywy z odwzorowującej rzeczywistość na iluzoryczną, będącą tworem twoich myśli, błąkających się po labiryntach własnego zagubienia. Rzeczywiste przestaje dla ciebie istnieć, bo nie jesteś w stanie dłużej go postrzegać. To, co jawi ci się jako zewnętrzna realność, jest tylko ciągiem obrazów z twojego snu rzutowanego na wewnętrzną powierzchnię zrośniętej z tobą skorupy.
Tak zamknięty w sobie obrastasz coraz grubszą warstwą twardych pancerzy, odbijających w sobie zewnętrzne obrazy. Ponieważ obrazy wciąż uciekają z ciebie, nie jesteś w stanie rozpoznać ich prawdziwej natury. Wciąż musisz je postrzegać jako realnie istniejące na zewnątrz ciebie.
Gdyby jednak udało ci się odwrócić ten ruch i zamiast na zewnątrz, skierować obrazy do środka, byłbyś w stanie rozpoznać ich rzeczywistą naturę. Wtedy, przy ich pomocy, będziesz mógł dojrzeć w sobie coś zadziwiającego – niewielki zalążek, coś w rodzaju zarodka, rozwijającego się w samych środku obrośniętego skorupą ciała.


V. Szczelina

Między tobą a tym, co zewnętrzne, istnieje szczelina, która oddziela. Choć może wydawać się niewielka, konsekwencje jej istnienia są dla ciebie jak najbardziej doniosłe. Nie możesz doświadczyć zewnętrzności. Możesz tylko projektować swoje wyobrażenia tego doświadczenia na zewnątrz. W ten sposób popadasz w złudzenie jedności i wkrótce jesteś gotów uwierzyć, że rozdarcie zostało usunięte. Jednak niejasne przeczucie oddzielenia zostaje. Omamiony wzrok produkuje dla ciebie obrazy zjednoczenia, choć w tym samym czasie rośnie odczucie pustki w miejscu, gdzie wydaje ci się, że postrzegasz pełnię. Wynajdujesz więc coraz to nowe sposoby jej zapełnienia. Zmieniasz obrazy rzutowane w przestrzeń między tobą a rzeczywistym. Za każdym razem na chwilę udaje ci się zapomnieć.
Dałeś się zwieść własnemu złudzeniu, nie potrafisz więc zrozumieć co się dzieje. Szukasz na oślep coraz to nowych rozwiązań, z których wszystkie tak naprawdę są tym samym.
Miotasz się bezradny, chociaż gdzieś wewnątrz ciebie coś dobrze wie na czym polega problem. Ta wiedza jest jednak bolesna, więc zdobywasz się na jeszcze większy wysiłek, aby zagłuszyć ten cichy, ledwie słyszalny głos, tę część siebie, która w i e.


VI. Wyjście z kokonu (próba opisu spektaklu Miho Iwaty „Utsusemi”)

Biała postać wymyka się ciemności. Sunie wolno do przodu. Trudno dostrzec jej ruchy, jest opakowana w szeleszczący papier, spod którego udaje się wymknąć tylko dłoniom bezradnie zwisającym w powietrzu.

Płynie w mroku. Dokądś zmierza. Coś ją przyciąga. Ale czy ona sama wie co?

Gdy wspina się do góry, odsłonięte białe stopy walczą z przestrzenią o każdy krok.

Sunie do przodu.

Obraca się. Skręca.

Idzie.

Upada.

Teraz zaczyna pełznąć przed siebie. Próbuje wyrwać się do góry, ale jakaś siła trzyma ja na dole. Szamoce się jednak, gubiąc fragmenty szeleszczącego ubrania.
Kobieta wyczołguje się z papierowego kokonu. Długo, mozolnie. Widać jej plecy, jak stopniowo wysuwają się spomiędzy białych płacht. Ich nagość demaskuje martwą sztuczność papieru.
Kobieta wyłania się na zewnątrz. Jej ciało wygina się i miota, próbując dosięgnąć czegoś poza sobą.
Napięta skóra ukazuje żebra i łukowatą linię kręgosłupa.
Pozrzucane fragmenty ubrania ułożyły się w pas postrzępionych śmieci. Linię papierowego śluzu.

Nogi prostują się nad biodrami, wypychając przed siebie powietrze.
Kobieta tańczy.

Kiedy udaje jej się wstać, może wreszcie sycić przestrzenią swoją skórę.
Może brać do rąk leżące na podłodze papierowe kształty. Może je wplatać w swój taniec.
Tańczy więc z nimi, a potem odrzuca, bowiem jej ciało nie czuje przywiązania.
Jest wolne.
Wolne, gdy się porusza i wolne w zatrzymaniu. Wolne, gdy się wspina i wolne, gdy opada.
Jednak kiedy zupełnie opadnie na podłogę, będzie to oznaczać koniec.
Łuska cykady skończyła swój lot. Leży bezradna na chwiejącym się liściu.




VIII. Bryłka lodu

W ciemnej zawiesinie
Zgęstniałych, zaschłych myśli
Wydrapujesz dziurę,
W której chcesz się schować.

Bryłka lodu ciasno
Zamknięta w twojej dłoni
Topnieje zostawiając
Po sobie mokry obrys.


VIII. Rana

Zranienie jest prawie niewidoczne. Nie ujawnia się jeszcze. Ale otwiera już w tobie zimną pustkę.
Pustka jest nieznośna. Łapiesz się każdego sposobu, aby zasklepić ranę.
Coś, co zostało rozdarte, nie stanie się już całością.
Nigdy w to jednak nie uwierzysz.

Będziesz ją w sobie nosił, te ranę, i wszystko, co w siebie przyjmiesz, będzie sprawiać ból. I będziesz czuł, jak z wolna rozpada się to, co przychodzi z zewnątrz i co wydaje się niezniszczalne.

Wiesz jednak, że bez niej byłbyś tylko ślepą kulką mięsa, zwiniętą w sobie i całkiem niemą.
Bo rana jest tym, co cię otwiera i wydaje na łup zewnętrzności.
Tak tylko możesz doświadczać. Krwawiąc i pękając w sobie.
Za taką cenę istnieje świat.


IX. Wygnanie z raju

A może rana jest tylko twoim własnym tworem? Ranisz siebie i innych, bo wierzysz, że pęknięcie istnieje od zawsze.
Ale może nie było go, dopóki nie zacząłeś wymawiać pierwszych sylab oddzielenia?

To by oznaczało, że oddzielenie jest w istocie tylko odwróceniem perspektywy.

Więc nie wygnano cię z raju. To ty wygnałeś go z siebie.

Podstawowe pytanie pozostaje wciąż to samo: czy istnieje droga powrotna?


X. Okna

Pamiętasz, jak kiedyś lubiłeś wpatrywać się w światła bloków? Ciemność pochłaniała twoje ciało, które wyobrażało sobie to, co istnieje po drugiej stronie każdego z okien. Nie były to konkretne obrazy wnętrza pokoju, mebli, ścian i tak dalej. Nie o to chodziło. Raczej ogólne wrażenie ciepła, czy przestrzeni, która przyjmie cię w siebie, bo rozpoznałeś się jako przynależny do niej.
Każde okno stanowiło przejście do osobnego świata.
I gdybyś wszedł do któregokolwiek z nich, nie byłbyś tam u siebie. Bo też nie było sensu wchodzić.
Ale gdy patrzyłeś na te rozświetlone kwadraty, mijając je z oddali w zimny, jesienny wieczór, miałeś wrażenie, że wszystkie cię przywołują, gdzieś daleko, znacznie dalej niż do światów, na jakie one same musiały się otwierać.


XI. Ty jako pustka

- Nie widzę cię.
- Możesz mnie zobaczyć tylko jako pustkę. Puste miejsce po tym, kogo się tutaj spodziewałeś.
- Więc jesteś tylko niepełnym odbiciem osoby, która jest teraz gdzie indziej?
- Nie. Jestem całą pełnią jej nieobecności.
- Czy kiedy z tobą rozmawiam, nie rozmawiam ze sobą?
- Jeśli twoja samotność byłaby pytaniem, ja jestem odpowiedzią.
- Nie ma odpowiedzi na niezadane pytania.
- Odpowiedzią jest cisza.
- Wobec tego nawet nie muszę ich zadawać. To bezcelowe.
- Mylisz się. Istniejesz tylko o tyle, o ile je zadajesz.
- Ale przecież kiedyś muszę zdobyć jakąś pewność.
- Jesteś pytaniem. To jest pewność.


XII. Ślady

- Coś jakby ssanie. Wewnątrz klatki piersiowej.
- Czy możesz tym sterować?
- Mogę to w sobie obserwować, jakbym był szczurem w laboratorium.
- Spróbuj to opisać.
- Powiedzmy, że spadł śnieg. I zakrył sobą wszystko. Widać tylko biel. Kiedy idę, nie słychać moich kroków.
- Ale czym to jest dla ciebie?
- Właśnie tym. Po butach zostają lekkie wgłębienia. Śnieg pada. Po chwili nic już nie widać.


XIII. Gramatyka samotności

Jeśli powiem: „Jestem samotny” będzie w tym sformułowaniu coś nienaturalnego. Zabrzmi literacko i sztucznie. W potocznych rozmowach nikt tak nie mówi, bo od razu czuć w tym pozę.
Kiedy chcę opowiedzieć komuś o mojej samotności, jak starannie nie dobierałbym słów, zawsze w końcu okazuje się, że mówię o czym innym.
Być może dzieje się tak dlatego, że o samotności – jako doświadczeniu wewnętrznym – trudno jest mówić z innymi. Tak jakby język docierał tu do swych granic i próbę ich przekroczenia przypłacał banałem.

sobota, 17 listopada 2012

Teatralizacja życia na przykładzie ślubu


            Wróciłem właśnie ze ślubu mojego starego znajomego. I choć zdarzyło mi się już kilka razy w życiu uczestniczyć w tego typu uroczystościach, jako że wielu moich znajomych zmieniło stan cywilny, dziś nagle uderzyła mnie rzecz niby oczywista – teatralizacja tego wydarzenia. Bo wszak ślub bierze się wobec innych, jest on wydarzeniem społecznym, wiążą się z nim określone skutki formalno-prawne itd. itp.
            Co takiego wyjątkowego było w dzisiejszej ceremonii? Ano nic z wyjątkiem faktu, że w związek małżeński wstępowały dwie osoby wykonujące zawód aktorski.
            Wszystko zaplanowane było prosto i bezpretensjonalnie. Ceremonia w Urzędzie Stanu Cywilnego, państwo młodzi w prostych i klasycznych strojach bez ekstrawagancji czy przepychu, tak samo goście.
            Tyle, że w pewnym momencie pojawić się musi przysięga małżeńska. Jakby więc nie było, jest to wystąpienie publiczne. Co więcej, wystąpienie, którego audytorium stanowią w dużej części ludzie związani tak czy inaczej z teatrem. Kiedy mój znajomy zaczął powtarzać czytany przez urzędniczkę tekst (jako, że jest aktorem poważnie traktującym każde zadanie, z pewnością przećwiczył go wcześniej w te i w wte), zaczął łamać mu się głos i po chwili dla wszystkich było jasne, że walczy z histerycznym śmiechem. W teatrze o takiej sytuacji mówi się: aktor się zgotował. Innymi słowy nie wytrzymał presji i jak najbardziej prywatnie parsknął śmiechem w scenie, w której z całą pewnością nie powinno go być. Właśnie to się wydarzyło w tym momencie w Pałacu Ślubów. Jako, że takie rzeczy są niezwykle zaraźliwe, zgotowała się zaraz i panna młoda. Słowem, oboje toczyli na oczach zgromadzonych widzów walkę o to, aby nie parsknąć wzbierającym w nich śmiechem, co powodowało wiele niezamierzonych pauz oraz niezwykłą wesołość na sali.
            Ciekawe. Jestem pewien, że każde z nich w sytuacji grania, czy to na deskach scenicznych, czy na planie filmowym, byłoby w stanie szybko zwalczyć pokusę zgotowania się. Tutaj jednak – w sytuacji występowania w roli samego siebie – okazało się to zadaniem niemal niewykonalnym.
Kiedy udało się wreszcie przebrnąć przez formułkę przysięgi małżeńskiej, urzędniczka dopełniła reszty ceremonii i nadszedł moment, w którym pan młody może pocałować pannę młodą. Jak wszystko inne, tak i pocałunek pary młodej był czymś naturalnym, spontanicznym i przez to ujmującym. Kiedy dobiegł końca, rozległa się burza oklasków i okrzyków (jak po dobrej premierze). Ktoś zawołał: „Bis!”, po czym para młoda nie myśląc długo powtórzyła pocałunek. Czy można sobie wyobrazić bardziej teatralną sytuację?
Kiedy mówimy: „teatralny” w domyśle dodajemy zazwyczaj: „sztuczny”, „fałszywy”, „zagrany” etc. Czym jednak tak naprawdę różni się sytuacja teatralna od tej „prawdziwej”?
Życie każdego człowieka na płaszczyźnie społecznej to odgrywanie ról, najczęściej narzuconych z góry. Z reguły nikt nie ma świadomości tego, że gra, że co chwila jest wpychany w tę lub inną rolę przez kontekst sytuacyjny. I oto pierwsza różnica – aktor w teatrze, jakby się nie zatracił w kreowanej na scenie postaci, zawsze ma świadomość, że to jednak postać. Co więcej, on tę postać żmudnie najpierw buduje, mając po temu czas i narzędzia. W prawdziwym życiu rzadko to się zdarza, aby ktoś do tego stopnia był w stanie panować nad tym w jaki sposób funkcjonuje wobec innych. Druga różnica. Rola na deskach zawsze jest czymś przećwiczonym, gdzie nie ma miejsca na przypadek i brak spójności. Nawet improwizacja odbywa się zawsze w ramach określonych przez sposób funkcjonowania postaci. W życiu – dokładnie na odwrót. Nie mamy narzędzi, aby świadomie odgrywać role, w jakich zostaliśmy – często wbrew sobie – obsadzeni. Trzecia różnica. Można by tak jeszcze długo. Jednak przyjemność znajdowania kolejnych analogii i różnic zostawiam już czytelnikom.
Nie mamy możliwości kontrolowania naszych działań. Jeżeli panujemy nad czymkolwiek (a z reguły tylko nam się tak wydaje), to nad jednym lub najwyżej kilkoma konkretnymi elementami naszej społecznej roli, nie zauważając, że i tak nie mamy najmniejszego wpływu na całość tejże, bo nie jest w naszej mocy jej skonstruowanie od początku do końca.

czwartek, 1 listopada 2012

Niewiara w śmierć


            Wszyscy kiedyś umrzemy. Każdy to wie, ale nikt w to nie wierzy. Żyjemy tak jakbyśmy byli nieśmiertelni. Wszystko, co naprawdę ważne, odkładamy na nigdy nie nadchodzące „potem”.
            Dlaczego życie ludzi, którzy wyszli cało ze śmiertelnej choroby lub mieli doświadczenie śmierci klinicznej zmienia się tak radykalnie? Ponieważ zrozumieli oni, że umrą. Nie intelektualnie, lecz całymi sobą. Mieli doświadczenie własnej śmiertelności.
            Czego to doświadczenie uczy?
            Że dano nam konkretną, wymierną ilość czasu. I że jeżeli jesteśmy tutaj w jakimś celu, to trzeba go zacząć szukać już w tym momencie, bo w każdym „później” może być już za późno.
            Być może dlatego tak wielu różnych tradycjach duchowych istnieje szereg ćwiczeń, w których adepci wyobrażają sobie własną śmierć. Próbując do pewnego stopnia doświadczyć tego faktu: że prędzej czy później to nastąpi, że to co znamy jako nasze życie dobiegnie końca.
            Uciekamy przed tą świadomością. Uciekamy jak tylko się da. To naprawdę aż niezwykłe, kiedy człowiek uświadomi sobie, jak wiele energii wkłada w to, aby nie wiedzieć tak oczywistej rzeczy: że umrze.
             

środa, 24 października 2012

Zrzucanie winny na innych


            Jakiś czas temu z moją znajomą i jej córką poszliśmy do parku. Mała była bardzo podekscytowana, cały czas biegała, skakała, właziła na co tylko się dało. Na początku trzeba było pokonać wybrukowaną kocimi łbami drogę. Dziewczynka, mimo że cały czas była proszona o nie bieganie po bruku, dokazywała w najlepsze. W pewnym momencie wywróciła się i oczywiście zaczęła płakać wniebogłosy. „A mówiłam ci, żebyś tu nie biegała” – usłyszała łatwą do przewidzenia sentencję swej mamy. „To bruk mnie wywrócił!” – odparło dziecko.
            Oczywiście, może nas to śmieszyć, ale w gruncie rzeczy wszyscy często stosujemy ten sam mechanizm, aby pozbyć się poczucia winy. Zawsze winny jest ktoś inny lub czynniki zewnętrzne, nigdy ja. Spóźniłem się na ważne spotkanie – winne są korki, nie zaś ja, który wyszedłem za późno. Wróciłem pijany do domu – winni są koledzy, którzy mi stawiali, nie zaś ja, który piłem. Wywołałem kłótnię o jakąś bzdurę – winna jest druga osoba, która mnie sprowokowała, nie zaś ja, który odreagowałem na niej swoją frustrację.
            Dosyć łatwo jest zobaczyć działanie tego mechanizmu w innych. Jednak ujrzenie go w sobie wymaga już kolosalnego wysiłku. A jeśli nawet się uda, to z reguły po czasie, kiedy już się stało, nigdy w tym momencie, gdy właśnie jesteśmy w trakcie zrzucania winy na kogoś innego.
            Konfrontacja z czymś takim w sobie oznacza ujrzenie panoszących się w naszym wnętrzu sprzeczności. Nie chcemy widzieć nieustannej wojny, jaka się w nas samych rozgrywa. Nawet jednak gdybyśmy chcieli, nie jest to takie łatwe. Takie doświadczenie mogłoby być wręcz niszczące dla naszego życia psychicznego.
            Dlatego należałoby zacząć nie tyle może od konfrontacji z prawdziwym obrazem siebie, co od zbudowania dystansu wobec obrazu nieprawdziwego, czyli tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
            Wstępem do tego może być ćwiczenie, które polega na tym, że staramy się w wyobraźni zobaczyć siebie w taki sposób, w jaki widzą nas inni. A więc na przykład przyjrzeć się raz jeszcze sytuacji, w której braliśmy udział, np. sprzeczki z bliską osobą, z perspektywy nie swojej, lecz tego drugiego uczestnika. Ważne, aby przy tym nie próbować ferować żadnych wyroków, nie skupiać się na tym, kto ma rację, kto zaś jej nie ma. Spróbować zobaczyć siebie oczami innej osoby, spróbować przyjąć jej punkt widzenia. I postarać się zrozumieć (znów – nie oceniać!), dlaczego zachowała się tak nie inaczej, dlaczego mówiła to, co mówiła, a przede wszystkim – jak moje zachowanie wyglądało i było odbierane z jej perspektywy.
            To bardzo trudne móc się oddzielić od siebie. Nawet w wyobraźni. Przyzna to każdy, kto uczciwie próbował. Jednak największa ironia sytuacji tkwi w tym, że dopiero takie oddzielenie stanie się początkiem wracania do siebie. Bowiem to, od czego mam się tu oddzielić, bynajmniej nie jest mną.

piątek, 5 października 2012

Autohipnoza


            Czy znasz taki mechanizm: uczysz się czegoś nowego, powiedzmy tańca. Wiesz, że pewną figurę zawsze musisz rozpocząć lewą nogą. Ale z jakiegoś niezrozumiałego powodu za każdym razem, zanim zdołasz pomyśleć, rozpoczynasz ją prawą. Poza tym wszystko idzie znakomicie, tylko ta nieszczęsna noga w tym jednym momencie. Próbujesz pamiętać, starasz się wcześniej już przygotować ciało, aby użyło tej właściwej nogi, ale zamiast tego nie dość, że wciąż popełniasz tę samą pomyłkę, to jeszcze zaczynasz popełniać następne, których dotąd nie robiłeś. Z kroku na krok jest coraz gorzej, coś, co wydawało się proste jeszcze pół minuty temu, teraz zda się czymś nieosiągalnym, ponad twoje możliwości. Walczysz, próbujesz podołać temu wszystkiemu, ale tylko coraz bardziej narasta w tobie złość na swoją nieporadność i umacnia się wściekłość, że nie umiesz opanować tak prostej rzeczy. W końcu poddajesz się, przestajesz nawet próbować i mówisz sobie: „To za trudne dla mnie, nigdy się tego nie nauczę.”
            Oto jeden z wielu możliwych przykładów autohipnozy. Co tu się bowiem zadziało? Dlaczego nie jestem w stanie opanować tak prostej rzeczy? Dlatego wskutek tego nawet to, co zdawało się już opanowane, zaczyna być nieosiągalne?
            Po pierwsze, od czego zaczyna się to wszystko? Co powoduje uruchomienie w tobie tego mechanizmu?
            Chęć natychmiastowego osiągnięcia celu.
            To oczywiste, że nauczenie się czegoś, co znacznie wykracza poza nasze dotychczasowe nawyki ruchowe, wymaga czasu. Efektów nie można spodziewać się od razu. Ciało musi mieć czas na to, aby się z nowymi dla niego rzeczami oswoić i aby je – użyję tego słowa – zrozumieć. Tak, ciało posiada swoje własne, specyficzne rozumienie, tak samo jak posiada swoją własną pamięć.
            Jednak chęć osiągnięcia efektu powoduje, że nie dajemy mu tego czasu. Przeciwnie sami na siebie zaczynamy wywierać presję: „dlaczego nie mogę opanować tak prostej rzecz?” A więc po pierwsze pretensja: „dlaczego nie mogę?” Po drugie podkopywanie wiary w we własne możliwości: „tak proste, a ja nie mogę.” Po trzecie absurdalny, nieuwzględniający specyfiki sytuacji nakaz: „muszę opanować!”
            Jeśli spojrzymy na to wszystko na zimno, z dystansu, może nas to co najwyżej śmieszyć. Opanowanie nowego tańca, czy w ogóle jakiejkolwiek nowej rzeczy, zawsze musi potrwać, jak już mówiliśmy. Poza tym wymaganie od siebie już teraz natychmiast tego, że coś ma ci wyjść, jest po prostu nieefektywne. Zaczynasz być tak mocno skoncentrowany na celu, na tym, aby go już osiągnąć, że przestaje ci wychodzić cokolwiek. Utożsamiasz się z celem, tym, co w twoim mniemaniu nim jest, przez co tracisz z oczu ten konkretny moment, w którym właśnie jesteś.
            Tak działa mechanizm autohipnozy.
            Co zaś powoduje, że tak łatwo podlegasz jego działaniu?
            Ano to, że nie dajesz sobie prawa do popełniania błędów. Krytykujesz siebie za to, że ci nie wychodzi, jesteś wściekły, dwoisz się i troisz, aby wyszło, a kiedy wciąż i wciąż nijak wyjść nie chce, rzucasz wszystko w diabły, poddając się bardzo przekonującemu w tej chwili przekonaniu – że po prostu nie jesteś w stanie i tyle. Trudno, widać to nie dla ciebie.
            Czy widzisz już, jak to funkcjonuje?
            Aby opanować cokolwiek nowego, trzeba dać sobie przyzwolenie na popełnianie błędów. Błąd to efekt tego, że twój nawykowy sposób reagowania zderza się z czymś nowym, czymś co nie stało się jeszcze ani nawykiem ani reakcją. Chęć osiągnięcia celu będzie tylko wzmacniać i nieustannie pobudzać twoje nawyki. To jedyne, co masz pod ręką, to jedyne, czego możesz użyć natychmiast. Ale chodzi przecież o to, aby właśnie nauczyć się czegoś nowego, nie zaś używać tego, co już od dawna nauczone i gotowe do użytku na zawołanie. Dlatego błędy są nie tylko nieuniknione, ale wręcz niezbędne. One pozwolą lepiej zobaczyć i zrozumieć różnicę między tym, co nawykowe – czyli już dane, a nowym – które należy przyswoić. Przyswoić, czyli sprawić, aby stało się twoje.
            Dając sobie prawo do błędu, dajesz sobie jednocześnie szansę na uniknięcie autohipnozy. A gdy już ją sobie dasz – postaraj się z niej skorzystać. Na moment stań się mniej mechaniczny niż zwykle. A wtedy pojawi się wiele rzeczy, których w życiu byś się nie spodziewał.