Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wzorce zachowań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wzorce zachowań. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lipca 2012

Sposób myślenia


            Żyjemy w kilku światach jednocześnie, choć na ogół nie jesteśmy tego świadomi. Na przykład nasze postrzeganie jest wypadkową sposobu, w jaki nasze zmysły percypują odpowiednie dane tworząc z nich obraz rzeczywistości oraz interpretacji tego obrazu, odbywającej się w naszym umyśle. Na przykład widzimy długą linę w odległości kilku metrów od nas. Do naszego umysłu dociera obraz wzrokowy – długi przedmiot o kształcie pofalowanej linii i specyficznej barwie. Jeżeli jesteśmy dajmy na to w Indiach, w lesie – ten kontekst może tak ukierunkować nasze myślenie, że zobaczymy węża. Dopiero podszedłszy i uważnie przyjrzawszy się naszemu obiektowi, będziemy mogli uświadomić sobie naszą pomyłkę.
            Bardzo często postrzegamy to, co chcemy zobaczyć, a nie – co naprawdę widzimy. Dotyczy to tak konkretnych rzeczy i przedmiotów w polu naszego widzenia, jak też bardziej abstrakcyjnych sytuacji. Na przykład jesteśmy w toksycznym związku. Nasze emocje wysyłają nam cały czas sygnały świadczące o tym, jak źle wpływa na nie cała ta sytuacja i jej trwanie. Rozwiązanie jest w zasięgu ręki, wystarczy po prostu to przerwać, ta druga osoba także nieświadomie tego pragnie, bo przecież męczy się tak samo jak my. Ale nie robimy tego, przeciwnie, tkwimy w coraz bardziej chorej i nieznośnej sytuacji międzyludzkiej, myśląc o tym, jacy jesteśmy nieatrakcyjni, przywołując strach przed samotnością i przekonując samych siebie, że jeśli rozstaniemy się z osobą, z którą tak nam źle w tej chwili, nikt inny nie zainteresuje się nami.
            Rozwiązanie jest proste, ale robimy bardzo wiele, aby go nie dostrzec. Boimy się zmiany. Wolimy to, co znane – a nasze poczucie bycia nieszczęśliwym jest już czymś znajomym i oswojonym – niż coś, czego nie znamy, czego jeszcze nie doświadczyliśmy, nawet jeśli mogłoby się to okazać czymś dla nas zbawiennym. Boimy się zmiany status quo.
            Życie nie przyniesie nam tego, czego pragniemy. Życie przyniesie nam to, co o nim myślimy. Jeżeli myślimy, że jesteśmy nieatrakcyjni i nikt się nami nigdy nie zainteresuje – tak właśnie się stanie. Sami nieświadomie będziemy taką sytuację nieustannie tworzyli, wysyłając podprogowe sygnały, uciekając – nieświadomie – przed sytuacjami, w których ktoś mógłby się nami zainteresować.
            Dlatego jeśli chcemy coś zmienić, jeśli naprawdę chcemy coś zmienić, najlepiej będzie zacząć od zmiany sposobu myślenia o danej sytuacji. I nie chodzi mi tutaj o „pozytywne myślenie”, czy tego typu praktyki. Nic z tych rzeczy. Chodzi mi o to, aby spojrzeć na swoją sytuację w sposób nieuprzedzony (odsyłam do wpisu o tytule „Moc neutralnego”). Zobaczmy sytuację taką, jaką jest. Nie oceniajmy. Nie krytykujmy. Nie komentujmy. Po prostu przyjrzyjmy się.
            Jeżeli nauczymy się patrzeć bez oceniania, będziemy w stanie dostrzec w danej sytuacji zarówno rzeczy, które mogą uczynić ją jeszcze gorszą niż jest, jak i sposób, w jaki to, co czyni nas w niej nieszczęśliwymi można zmienić w walor, który zmieni radykalnie wydźwięk całości.
            Każda, nawet najbardziej skomplikowana i ponura sytuacja nosi w sobie własne rozwiązanie. Trzeba tylko być w stanie je dostrzec. I to jest właśnie najtrudniejsza sztuka.

czwartek, 28 czerwca 2012

Nienastawianie się


            Mój znajomy opowiedział mi kiedyś taką historię: na początku lat osiemdziesiątych w hali widowiskowo-sportowej, w średniej wielkości mieście wojewódzkim, odbywał się pokaz grupy ćwiczącej karate. W tych czasach wszelkie sztuki walki były jeszcze w Polsce zjawiskiem egzotycznym i raczej rzadko spotykanym. Uczestnicy pokazu łamali deski uderzeniami dłoni i stóp, rozkruszali cegły i tak dalej. Na koniec wyszedł ich sensei i oświadczył oniemiałej z podziwu widowni: „Proszę państwa, każdy z państwa może wykonać to, co tu przed chwilą pokazaliśmy.” Z tylnego rzędu dał się słyszeć głos: „Nie, to niemożliwe”. „Tak, pan nie” – stwierdził sensei.
            Często fakt, że czegoś nie robimy spowodowany jest wyłącznie tym, że nie wierzymy, iż moglibyśmy to robić. Nastawiamy się z góry na taki obraz rzeczywistości, w którym nie jesteśmy w stanie tego dokonać. Dlatego karateka miał rację – dla człowieka głęboko przekonanego, że coś jest dla niego niemożliwe, faktycznie będzie to niemożliwe.
            Rzecz jasna jest to osąd, niczym nie potwierdzony. On wie już z góry, zanim jeszcze spróbował. Z takim nastawieniem nawet jeśli spróbuje – nie uda mu się. Typowa samospełniająca się przepowiednia.
            Jeżeli jednak nasz widz byłby w stanie nie utożsamić się z tym subiektywnym, powziętym z góry osądem, mógłby po prostu spróbować. Zamiast nastawiać się, po prostu to zrobić. Gdyby poszedł na swój pierwszy w życiu trening, zacząłby pracować nad rozciąganiem mięśni, uczeniem się podstawowych pozycji i tym podobne. Jego nauczyciel, krok po kroku, prowadziłby go od stosunkowo łatwych rzeczy ku coraz trudniejszym, obserwował, nad jakim aspektem szczególnie trzeba popracować z tą osobą i po jakimś czasie nasz uczeń zapewne byłby w stanie dokonać tego, co widział podczas pokazu.
            Warto pomyśleć o tym, zanim następnym razem powiemy coś w stylu: „W moim życiu nie spotka mnie już nic dobrego”. Dlatego, że sposób, w jaki jesteśmy do czegoś nastawieni, z reguły decyduje o tym, co się w tej kwestii dalej wydarzy.

niedziela, 24 czerwca 2012

Osądzanie


            Jednym z najbardziej wpływających na nasze życie nawyków jest nieustanne osądzanie. Osądzamy nie tylko innych i siebie, ale także to, co się nam lub innym zdarza, pogodę, wypadki losowe etc.
            Na przykład, wyglądamy sobotnim porankiem przez okno i widzimy ciemne chmury. Oczywiście pierwsze co stwierdzamy to: „No nie. Znów beznadziejna pogoda. Dlaczego zawsze, kiedy mam wolne pogoda musi się zepsuć?” Albo kiedy zachorujemy na dzień przed wyjazdem, którego od miesiąca nie mogliśmy się doczekać, mówimy sobie: „Ja to mam zawsze pecha.”.
            Czy naprawdę to, że coś nam nie wyszło lub poszło nie po naszej myśli jest konsekwencją spisku sił opatrzności przeciwko nam? Oczywiście, że nie. Dlaczego jednak tak skutecznie działa w nas mechanizm posiłkujący się taką właśnie logiką?
            Jest taka piękna taoistyczna historia: W opuszczonym forcie żył sobie stary ojciec ze swym synem. Byli dość biedni, ale utrzymywali się jakoś dzięki pracy swego konia. Pewnego dnia koń wystraszył się czegoś i pogalopował przed siebie nie wiadomo dokąd. Do starego człowieka przyszli sąsiedzi, aby wyrazić mu swoje współczucie z powodu pechowego zdarzenia. „Skąd wiecie, że było pechowe?” – spytał starzec. Po paru dniach koń powrócił, przywodząc wraz z sobą dziką klacz. Ojciec z synem zaczęli ją oswajać i układać, dzięki czemu już wkrótce mogli na niej jeździć. Sąsiedzi natychmiast pospieszyli do nich, aby pogratulować takiego szczęśliwego obrotu sprawy. „Skąd wiecie, że szczęśliwego?” – spytał stary ojciec. Po paru dniach syn, który dosiadał klaczy, upadł z niej i złamał sobie biodro. Sąsiedzi przyszli zatroskani, aby wyrazić swe współczucie z powodu pecha. „Skąd wiecie, że to był pech?” – padło pytanie z ust ojca. Niedługo potem wybuchła wojna. Rozpoczął się werbunek do armii. I syn oczywiście został w domu, ze względu na swoje połamane biodro.
            O czym mówi ta historia? Przede wszystkim o tym, że nawyk osądzania nie pozwala nam widzieć rzeczy takimi, jakie są. Osądzając, nie widzimy tego, co jest. To bowiem zawsze jest takie a nie inne i nie mamy wpływu na coś, co się już wydarzyło. Nasz osąd zawsze jest interpretacją, niczym więcej. A ponieważ interpretujemy i osądzamy nawykowo, nasze osądy zawsze będą mechaniczne i skrajnie subiektywne.
            Kiedy zepsuje nam się samochód jesteśmy wściekli i myślimy: „Dlaczego to się musiało zdarzyć akurat mi? To niesprawiedliwe!” Czy to pomaga nam rozwiązać sytuację albo chociaż dojść, co się stało? Czy pomoże nam, jeśli z wściekłością kopniemy w opony lub zaczniemy stać i kląć na czym świat stoi?
            A jeżeli powiemy sobie: „No cóż, jest zepsuty. Sprawdzę, co się stało.” Zaglądamy pod maskę, badamy. Po chwili wiemy: „Zepsuło się to i to. Sam tego nie naprawię. Musze go jakoś odstawić do warsztatu”. 
            No dobrze, to był dość prosty przykład. Życie jest pełne znacznie bardziej skomplikowanych sytuacji. Szczególnie, jeśli w grę wchodzą relacje z innymi. Wszyscy na pewno znamy klasyczny schemat, kiedy ktoś bliski zaczyna pouczać nas o tym, co źle zrobiliśmy lub robimy w swoim życiu. Dlaczego nie mogłeś zrobić tego tak i tak. Zawsze ci mówiłam/mówiłem… A widzisz?.. Bo gdybyś wtedy zrobił/zrobiła tak i tak. I tak dalej. Nienawidzimy tego. Ale z czego to się bierze? Ta potrzeba mówienia innym jak powinni postępować, ta irytacja na to, że nie postępują tak jak my? Bo umówmy się – to, że denerwuje nas ta postawa w innych nie oznacza, że sami w ten sposób się nie zachowujemy. Wręcz przeciwnie.
            Wydaje nam się, że inni powinni myśleć, działać i widzieć rzeczy tak jak my. Właściwie dlaczego? Każdy z nas jest inaczej skonstruowany, stanowi inny typ, ma inne doświadczenia, wiedzę, obraz świata. Jakoś ciężko pogodzić nam się z tym faktem. Niestety – wszyscy jesteśmy różni. Co gorsza – aby zrozumieć punkt widzenia kogoś innego, muszę być zdolny zawiesić na moment swój. Tylko jak to zrobić?
            Nie oceniając.
Wyobraźmy sobie teraz taką sytuację: Zrobiliście coś głupiego. Postąpiliście niesłusznie wobec kogoś. Na tyle niesłusznie, że sami macie tego świadomość. Spotykacie się z kimś, kto wam zaczyna mówić, jak bardzo źle postąpiliście. Oczywiście, zaczniecie się z nim kłócić. Albo po prostu o niczym nie powiecie, wiedząc z góry jaka będzie reakcja. Ale teraz wyobraźcie sobie, że idziecie do kogoś, kto wysłuchuje was, w ogóle nie oceniając. Czujecie, że naprawdę was słucha, a nie tylko czeka, kiedy skończycie, aby wygłosić swoją tyradę. Patrzy na was i w jego wzroku nie widzicie ani śladu politowania, złości, czy zawodu. Przyjmuje was takimi, jacy jesteście. Milczycie, a w ciszy, która powstaje nie ma ani śladu niemego wyrzutu z jego strony. Po chwili stwierdzacie: „Czuję, że popełniłem błąd”. „Każdemu się zdarza.” – słyszycie – „Myślisz, że można to jakoś odwrócić?” I nagle uświadamiacie sobie, w jaki sposób pokierować dalej tą sytuacją, aby odwrócić złe rzeczy, które spowodowała.
            A teraz wyobraźcie sobie, że to wy jesteście tą drugą osobą, do której ktoś przychodzi. Co należałoby zrobić, aby wysłuchać go bez oceniania? Nic nie robić? Wręcz przeciwnie. W nieocenianiu wcale nie chodzi o bycie pasywnym. Wręcz przeciwnie. Nieocenianie jest prawdziwym działaniem, w przeciwieństwie do reagowania (zapraszam do lektury wpisy o reagowaniu).  Nie chodzi bowiem o powstrzymywanie się od wyrażania ocen, które i tak już mamy w głowie. Chodzi o to, by im nie ulegać. By się z nimi nie utożsamiać. By zobaczyć kogoś naprawdę, a nie przez pryzmat naszych osądów.
            A teraz wróćmy jeszcze na chwilę do sytuacji, w której źle z kimś postąpiliście. Powiedzmy, że jako przełożeni zrobiliście awanturę jakiemuś pracownikowi, który waszym zdaniem popełnił dość istotny błąd w tym, co miał do zrobienia. Kazaliście mu to poprawić, na co on zaczął wam tłumaczyć, że przecież zrobił daną rzecz dobrze. W końcu wyniknęła z tego kłótnia, która o mało nie zakończyła się waszą interwencją u wyższego przełożonego. Tymczasem, po powrocie z pracy do domu, uświadamiacie sobie nagle, że to wam coś się pomyliło i tamten jak najbardziej miał rację. Myślicie sobie: „To beznadziejna sytuacja. Po pierwsze wyszedłbym teraz na idiotę, gdybym się przyznał. Po drugie, utraciłbym swój autorytet. Po trzecie będzie to sygnał dla reszty pracowników, że nie należy mnie słuchać, bo nie wiem, co mówię.” To wszystko są rzecz jasna osądy. Wasze interpretacje. Spróbujcie najpierw przestać być do nich przywiązani. Są bo są, ale wcale nie muszą być prawdziwe.
Wykonaj teraz ćwiczenie. Wypisz sobie wszystkie pozytywne konsekwencje, które mogłyby wyniknąć z danej sytuacji. Na przykład – jeśli przyznam się do błędu, być może zaskarbię sobie szacunek. Mało kto ma na tyle klasy i poczucia sprawiedliwości, aby tak postępować. Być może będzie to także dla reszty pracowników sygnał, że jesteś człowiekiem racjonalnym, bez szczególnie nadmuchanego ego, któremu można przedstawić swoje wątpliwości, nawet kiedy podważają one twój punkt widzenia. To z kolei mogłoby ustrzec cały nasz dział od błędów, które ja każdemu mogą ci się zdarzyć.
            Nawyk oceniania jest tylko nawykiem. Niczym więcej. To, co widzimy jest pochodną tego, jak patrzymy. Jeśli chcemy zobaczyć rzeczy takimi, jakie są naprawdę – lub choćby się do tego zbliżyć – trzeba nauczyć się je widzieć. Bezpośrednio, nie przez zniekształcający obiektyw naszych osądów.

            

niedziela, 3 czerwca 2012

Terror posiadania racji


            Opowiem historię, którą zasłyszałem od znajomego. Jego dziewczyna, z którą mieszka w wynajętym mieszkaniu, pochodzi z Serbii. Tam się urodziła, wychowała, przeżyła koszmar wojny i koniec końców wyjechała do Polski, gdzie skończyła studia i pracuje. Pewnego dnia odwiedził ich właściciel. Przy kawie zaczął opowiadać o tym, jakie to rzeczy nie dzieją się w Serbii, jakie to stosunki nie panują tam między ludźmi i tak dalej. Oczywiście, nigdy jeszcze nie był w Serbii, ale co to zmienia. Dziewczyna, po pewnym czasie wysłuchiwania steku ewidentnych bzdur, zaoponowała nieśmiało, że nie przypomina sobie żadnej z rzeczy, o których mowa, a bądź co bądź spędziła w tym kraju większą część swego dotychczasowego życia. Jednak ta uwaga w niczym nie zachwiała pewności sądów właściciela, który powiedział tylko: „Ty nic nie wiesz, słuchaj, co ja mówię”.
            W tej absurdalnej sytuacji nie ma nic przesadzonego, jak już napisałem, wydarzyła się naprawdę. Jednak nawet gdyby się nie wydarzyła, obrazuje doskonale mechanizm, który działa w nas częściej niż nam się wydaje. Mechanizm, który sprawia, że tak często i tak całkowicie utożsamiamy się z naszą wiecznie nienasyconą potrzebą posiadania racji.
            Ile razy zdarza nam się wpadać w zdenerwowanie, ponieważ ktoś nie chce uznać naszych racji, mimo, że przecież to on się myli, a cała prawda jest po naszej stronie? Ile razy stajemy się z tego powodu agresywni, zaczynamy krzyczeć, napędzamy konflikt? Ile razy nie umiemy odpuścić, mimo, że widzimy, iż cała sytuacja prowadzi tylko do tego, że kogoś ranimy?
            A przede wszystkim – dlaczego takie istotne wydaje mi się udowodnienie innemu tego, że to on się myli, nie ja? Tak istotne, że gotów jestem w imię tego celu pokłócić się z nim, nawrzeczeć na niego, nawyzywać, obrazić, zaatakować, sprawić ból?
            Po to, żeby coś zrozumiał? Ale co właściwie? To, że we mnie jest prawda i tylko we mnie? Śmieszne, prawda? Ale czy nie o to właśnie chodzi?
            Kiedyś mój przyjaciel, po kłótni z pijanym ojcem, który po raz kolejny klarował mu, jakimi idiotami i zerami są odwiedzający go znajomi, analizując to, co właściwie się stało, wymyślił bardzo trafną metaforę. „Z punktu widzenia mojego ojca” – stwierdził – „ludzie dzielą się na dwie kategorie: jaśniaków i ciemniaków. Czołowy jaśniak to oczywiście mój ojciec. Inni jaśniacy to ci, którzy się z nim zgadzają, przytakują mu. Ciemniacy to ci wszyscy, którzy nie podzielają jego sądów i opinii.” Myślę, że trudno o lepszy opis tego mechanizmu. Mechanizmu, który działa tak samo w nas wszystkich. Nazwijmy go umownie: terrorem posiadania racji.
            Jak można go w sobie przyłapać na gorącym uczynku? To bardzo trudne. Ale możemy spróbować. Dajmy na to, że wydarza się po raz kolejny taka sytuacja: ktoś powiedział coś, co uznaję za nieprawdziwe. Reaguję – próbuję „nawrócić” go na „prawdę”. On oczywiście zaczyna oponować (tak naprawdę w nas obu działa w tej chwili ten sam mechanizm – obaj podlegamy terrorowi posiadania racji). W sposób nieunikniony zaczyna się konflikt i kłótnia. Jeżeli w pewnym jej momencie uda mi się ochłonąć, niejako stanąć z boku i popatrzeć na całą tę sytuację jak na coś, co dotyczy osób trzecich, wtedy z pewnością dostrzegę w sobie działanie tego mechanizmu. Kłócę się, bo chcę mieć rację. Nie po to, aby coś komuś wytłumaczyć. Obaj jesteśmy zdenerwowani, w tym stanie nie ma sensu żadne tłumaczenie, bo nasze emocje nie są zainteresowane zrozumieniem. A to emocje są odpowiedzialne za to, co się dzieje, nie umysły. Dlaczego więc reaguję w taki a nie inny sposób? Ponieważ tak ważna jest dla mnie prawda? Oczywiście, że nie. Reaguję tak, bo nie umiem inaczej. Bo tkwi we mnie głęboko ów największy jaśniak, który domaga się hołdów i uznania. Reaguję tak, bo nie potrafię nawiązać dialogu. Reaguję tak, bo nie umiem sięgnąć wzrokiem poza czubek własnego nosa.
            Reaguję tak, bo nie ma we mnie prawdziwej potrzeby zrozumienia drugiego człowieka. 

poniedziałek, 28 maja 2012

Reagowanie


            Przyzwyczailiśmy się postrzegać siebie jako istoty niezależne, dokonujące świadomych wyborów, podejmujące własne decyzje i działające zgodnie z wolną wolą. Jednak czy nasze codzienne doświadczenie potwierdza taki stan rzeczy? Przyjrzyjmy się uważniej naszym reakcjom i ich naturze. Jak reagujemy i jaki jest związek pomiędzy naszą reakcją, a wynikłymi z niej zachowaniami?
            Wyobraźmy sobie dla przykładu następującą sytuację: od paru dni chodzę do pracy ze świadomością, że szykują się redukcje etatów i jestem na liście ludzi do zwolnienia w pierwszej kolejności. Wracam do domu i moja partnerka podniesionym głosem wyraża pretensję o coś, co miałem zrobić, a czego nie zrobiłem. Zaczynam krzyczeć na nią, nasz prowadzony podniesionymi głosami dialog przeradza się szybko w awanturę, w efekcie czego do końca dnia nie odzywamy się już do siebie. Potem żałuję tego, uświadamiam sobie, że rzeczywiście, obiecałem to zrobić już dwa tygodnie temu, ale byłem tak przejęty sytuacją w pracy, że całkiem wyleciało mi z głowy. Czuję się źle, widzę, że jej też jest ciężko, tak naprawdę żadne z nas nie chciało wywołać tej awantury. Co zatem się stało? Czy nasz konflikt był efektem mojego lub jej świadomego wyboru? Oczywiście, że nie. Czy był efektem naszego zaplanowanego działania? Nie. Czym był w takim razie? Reakcją. A właściwie ciągiem nawykowych mechanicznych reakcji.
            Po pierwsze, reakcją na moją nasilającą się od kilku dni frustrację i strach przed tym, co może się wydarzyć w bliskiej przyszłości był stan permanentnego zdenerwowania. Po drugie, podniesiony ton głosu mojej partnerki zawsze wywołuje we mnie postawę konfliktu, agresji i potrzeby bronienia swoich racji. Po trzecie, kiedy zaczynamy się spierać, zawsze oboje okopujemy się na swoich pozycjach i przestajemy słuchać drugiej strony, skupiając się na celnym wymierzaniu ciosów w postaci zarzutów i wszelkiej maści argumentów. Po czwarte, zawsze potem przestajemy się do siebie odzywać, ponieważ oboje mamy tendencję do zamykania się w pancerzu urażonej dumy własnej.
            Reakcja to coś, co następuje automatycznie, bez żadnego udziału naszej woli. Odpowiedni czynnik wywołuje odpowiednią reakcję. Słynnym psom Pawłowa podawano jedzenie z towarzyszeniem dźwięku dzwonka. Po pewnym czasie wystarczył już sam dzwonek, aby zaczęły się ślinić. Tak samo my – reagujemy natychmiast, tak jak zostaliśmy „wytresowani”. W przykładowej sytuacji możemy sobie wyobrazić taki jej wariant, kiedy dowiedziałem się właśnie, że nie zostanę zwolniony z pracy, co więcej dostanę podwyżkę, ponieważ jak się okazuje, mój szef bardzo mnie ceni, czego nie byłem świadom. Wracam do domu we wspaniałym humorze, po drodze kupując jeszcze kwiaty dla mojej partnerki, ponieważ uświadomiłem sobie, jak bardzo mi na niej zależy i jak niełatwe musi być dla niej życie ze mną. Jednak po przekroczeniu progu mieszkania od razu zauważam, że coś ją gryzie. Proszę, aby powiedziała mi, co. Zaczyna mówić o tym, że coraz rzadziej bywam w domu, że zostawiam ją samą ze sprzątaniem, praniem i wszystkimi pracami domowymi, że nie potrafię okazywać jej uczuć, że czuje się pozostawiona sama sobie i nieszczęśliwa. W miarę jak mówi, ton jej głosu staje się coraz bardziej podniesiony, aż w końcu ku własnemu zdziwieniu widzę siebie, jak krzyczę na nią, broniąc się, podnosząc własne zarzuty i tak dalej.
            Myśląc o tej sytuacji mam ochotę powiedzieć sobie: „Zdenerwowałem się.” Ale czy naprawdę j a się zdenerwowałem. A może raczej zdenerowawanie pojawiło się we mnie? Czy było ono moim wyborem? Nie, nie było. Czy to, że przyczyniłem się do powstania kolejnej awantury były świadomym działaniem? Oczywiście, że nie. Co więc tak naprawdę się stało? Moje nawykowe reakcje przejęły kontrolę nade mną. Sprawy potoczyły się niejako bez mojego udziału. Potoczyły się błyskawicznie, nie dając m i czasu na zareagowanie. Mój nawyk zareagował, mój mechanizm obronny zareagował, nie ja.
            Gdybym był w stanie powstrzymać natychmiastową, nawykową reakcję, miałbym czas na to, aby wybrać zachowanie, które uznałbym za właściwe dla danej sytuacji. Być może zupełnie inne niż to, które wyzwoliło się we mnie pod wpływem mechanicznej reakcji. Umiejąc się powstrzymać przed reagowaniem, potrafiąc spojrzeć na sytuację z boku, na spokojnie, jestem w stanie zdobyć sobie odrobinę prawdziwej wolności – wolności wyboru, co zrobić, wolności działania zgodnego z tym wyborem, wolności nie reagowania. Wydaje się to może proste, ale tak naprawdę jest to wielki cel i praca na całe lata. A pierwszy krok na drodze ku temu to – umieć zobaczyć reakcję jako reakcję, nie zaś działanie, którym wydaje się ona być. Zobaczyć. Najlepiej dokładnie w tym momencie, w którym się wydarza. I to już naprawdę będzie coś.